niedziela, 20 października 2013

Hiszpania- część 2-> Valencia + Peniscola

Valencia 

(pl. Walencja)- jest trzecim (po Madrycie i Barcelonie) pod względem ludności miastem Hiszpanii (porównując do Polski- ma trochę więcej mieszkańców niż Kraków i prawie o połowę mniej niż Warszawa). Z kolei jak chodzi o powierzchnię, to miasto jest mniejsze niż Lublin (134 km2, Lublin- 147 km2)! Początki miasta sięgają aż 138 r. p.n.e.! Oczywiście ciągle było ono burzone, odbudowywane- burzone- odbudowywane.... i tak w kółko... Jest stolicą wspólnoty autonomicznej o tej samej nazwie.
Miasto Walencja posiada liczne zakłady przemysłowe, jest ważnym ośrodkiem kulturalno- naukowym oraz komunikacyjnym: duże porty pasażerskie oraz handlowe, ważne węzły kolejowe, drogowe i lotnicze.

Zwiedzanie miasta jest bardzo proste- prawie wszystko znajduje się bardzo blisko siebie.
My mieliśmy na zwiedzenie centrum... jakieś 3 (może 4?) godziny...

Pan kierowca "wyrzucił" Nas przy Ratuszu (i stamtąd też miał Nas odebrać), skąd od razu poszliśmy do Katedry. Na początku szliśmy powooooli grupą i ciężko było się zorganizować i trzymać jakieś fajne tempo. Kościół jak kościół... ładny był, ale jakiegoś super wrażenia na mnie nie zrobił. Dlatego też razem z M. podarowałyśmy sobie godzinne (!) zwiedzanie wnętrza Katedry (płatne, chyba 10 euro. Dostaje się słuchawki i samemu się chodzi we własnym tempie. Osoby które weszły były raczej zadowolone). Budowana była od 1262 roku i wielokrotnie była modernizowana. Z tego powodu w teoretycznie gotyckiej budowli można zauważyć nie tylko elementy, ale także całe większe części w innych stylach. Znajduje się ona w miejscu, w którym wcześniej swoje świątynie budowali Rzymianie, Wizygoci i Maurowie. Każdy z trzech portali prezentuje inny styl:
- Porta del Palau (portal pałacowy)- styl romański
- Porta dels Ferros (portal żelazny)- styl barokowy
- Porta dels Apostles (portal Apostołów)- styl gotycki
Ja osobiście nie widziałam, ale wg książkowego przewodnika właśnie przed tym ostatnim z portali (Apostołów) "w każdy czwartek w południe wciąż zbiera się sąd wodny ustanowiony przez kalifa al- Hakama w 960 roku, a po rekonkwiście zatwierdzony w niezmienionej formie przez królów chrześcijańskich. Sędziowie- w tradycyjnych czarnych ubiorach- rozstrzygają spory i ustalają zasady użytkowania wody do nawadniania pól. Wybierani są spośród rolników korzystających z kanałów i od tysiąca lat od ich ustnych wyroków (nie prowadzi się żadnej pisemnej dokumentacji) nie ma odwołania." <przewodnik Hiszpania MasterCard, wyd. Pascal>
Częścią katedry jest również ośmioboczna dzwonnica (btw. symbol miasta:D) o wysokości 51 metrów (207 schodów). jest to tzw. "Michałek", a w oryginale- Micalet.
Jak już się zdecydujemy wydać te 10 euro, to co zobaczymy?? Otóż: płótna Goi, rzeźbę Alonsa Cano oraz największą atrakcję, którą przywiózł tutaj podobno sam Święty Wawrzyniec- Świętego Graala, czyli kielich z Ostatniej Wieczerzy (bilet kupuje się już w środku dlatego można do niego wejść. Płaci się za jego zwiedzanie, a nie zobaczenie- z daleka- wnętrza)

Zdjęcie po lewej- prezentuje część z portalem żelaznym- barokowym; 
u góry- widoczny jest symbol miasta- ośmioboczna wieża; na dole- jedna z ulic Walencji. 
Fot. źródło własne
Następnie idąc w stronę rzeki minęłyśmy Basilica Mare de Deu dels Desemparats (matki Boskiej Opuszczonych?)- barokowy kościół sąsiadujący z katedrą, która stoi na dawnym rzymskim forum. Z tym Kościołem wiąże się pare opowieści, jednak występują w nich osoby których życie trzeba by długo opisywać, więc sobie podaruje :)
Kościół ten znajduje się przy Plaza de la Virgen, gdzie razem z M. podczas sesji przy fontannie z figurami gołych ludzi (nie wiem co autor miał na myśli...) pare młodą podczas sesji ślubnej! Z jednej strony miejsce to faktycznie jest wyjątkowe i sesja w takim miejscu to coś niesamowitego, ale z drugiej strony ilość ludzi jaka tam chodzi raczej nie pozwoliła na żadne zdjęcie bez turystów w tle :(
Strona lewa: góra- Plaza de los Fueros. Po prawej barokowy kościół, a w oddali widać fontanne z golasami :D; dół- katedra
Strona prawa: góra- sesja pary młodej na tle Katedry; dół- bliskość Katedry i kościoła barokowego (+ para młoda^^)
Fot. źródło własne

Dalej poszłyśmy już nad rzekę (Turia), dokładniej na Plaza de los Fueros, przy którym znajduje się Torres de Serrans- dwie wieże i brama z dawnych czasów. Jest to jedna z 12 bram strzegących dawnej Walencji. Bardzo dobrze zachowana. Wygląda jakby dopiero co ktoś ją wybudował! Można po niej chodzić. Czy wejście jest płatne- nie wiem (niestety brak czasu na sprawdzenie), ale myślę, że warto ponieważ z góry jest świetny widok na okolice rzeki, parki, ale również na centrum miasta.
Torres de Serrans. Fot. źródło własne
Dalej poszłyśmy(wracałyśmy) wąskimi (i mało zaludnionymi) uliczkami przechodząc obok Palau de la Generalitat (koło którego spotkaliśmy grupę protestujących? (śpiewali, grali na bębnach i wymachiwali transparentami) czarnoskórych ludzi, do których przez chwilę dołączyliśmy idąc jakieś 15 kroków za nimi :D ), katedry, kościoła Santa Katedrina i ratusza w końcu dochodząc do Estacio del Norte (czyli głównego dworca kolejowego w Walencji). Jest bardzo klimatyczny... z jednej strony nowoczesność, a z drugiej tradycja. Ciekawe miejsce i warte odwiedzenia :)
Kołatki do drzwi- motyw dłoni trzymającej jabłko często się przewijała w Walencji i Katalonii.
Prawa, góra- Palau de la Generalitat; Dół: Plac przy katedrze i kościele z protestującymi. Fot. źródło własne

Estacio del Norte. Fot. źródło własne
Zaraz obok dworca jest Plaza de Toros, czyli arena do korridy, na której zamiast oglądać byki można było napić się piwa -.-' M. była przekonana, że nie będzie można do środka wejść. Ja wierzyłam, że da rade tak kawałek chociaż zobaczyć. No i okazało się, że jak najbardziej można wchodzić. Akurat trwał tam October Fest (tak- wiem, że to impreza w Bawarii... ale taki jednodniowy event akurat był :D ). Porobiłyśmy sobie zdjęcia i leciałyśmy pod ratusz (czyli Ajuntamiento), który charakteryzuje wieża zegarowa pośrodku fasady. Znajduje się w nim też Muzeum Historii Miasta.

Plaza de Toros. Fot. źródło własne
Ajuntamiento- ratusz. Fot. źródło własne
Ratusz c.d. Fot. źródło własne
I tak zapakowani w autobus pojechaliśmy dalej- do Miasta Sztuki i Nauki!!!
MEGA!!!
Futurystyczne centrum kulturalne zaprojektowane przez walenckich architektów: Calatravę i Candelę (chociaż często podawany jest tylko ten pierwszy). Usytuowany jest w ogrodach utworzonych w dawnym korycie Turii. Godny XXI wieku zespół architektoniczny składa się z pięciu części:
1. L'Umbracle- biała budowla ozdobiona metalowymi łukami. Posiada wewnątrz ogród z rodzimą florą. U góry znajduje się taras, z którego widać całe Miasto Stuki i Nauki. Wg głosów znajomych- budynek wyglądał jakby to była szczęka rekina.
2. Muzeum Nauki- posiada interaktywne ekspozycje dotyczące osiągnięć naukowych i nowoczesnych technologii. Hasło: "Zabrania się nie dotykać, nie myśleć, nie odczuwać".
3.Oceanarium- fauna mórz i oceanów wszystkich stref geograficznych. Posiada podwodną restaurację.
4.Palau de les Arts Reina Sofia- Koloseum XXI wieku. Cztery sale przeznaczone na spektakle muzyczne, teatralne i operowe.
5. L'Hemisferic- "oko mądrości". Całość otoczona wodą. Wyświetlane są tutaj filmy w systemie IMAX i laserium najnowszej generacji. Organizowane są prestiżowe wystawy czasowe i konferencje.
Punkt obowiązkowy podczas pobytu w Walencji!
Miasto Sztuki i nauki. Niestety dolne zdjęcia zrobione zza szyby :( Fot. źródło własne
Ciekawostka:
Salvador Calatrava (architekt Miasta Sztuki i Nauki) w najbliższym czasie będzie musiał stanąć przed sądem, ponieważ został oskarżony o brak praktyczności w swoich projektach. Chyba lotnisko w Bilbao i jakiś jeszcze duży projekt właśnie wytoczył mu proces. Władze Walencji również zachwycone nie są. W planach MSiN miało być jeszcze rozbudowane, jednak utrzymanie już aktualnej wielkości zaczyna ich przerastać.
Także Calatrava to architekt posiadający genialne pomysły, jednak nie do końca potrafiący umieścić projekt w odpowiednim klimacie (tak jak tutaj- budynek prawie cały ze szkła w momencie gdy Słońce świeci przez cały czas, a temperatuta wynosi 30+ przez większą część roku).

Zwiedzanie Walencji nie należało do zbyt udanych (ze względu na brak czasu). Najbardziej żałuję, że nie udało mi się zobaczyć Giełdy Jedwabiu oraz wejść do budynków Miasta Sztuki i Nauki. Uważam, że miasto jest niesamowite. Mimo, że nie jest zbyt duże jak chodzi o powierzchnię, to zdecydowanie jest tam co robić podczas tygodniowego, a nawet i 2- tygodniowego urlopu! :)


Peniscola
Urocze miasteczko turystyczne. Spodziewałam się, że będzie to mała wioska, a okazała się trochę większą wioską/ małym miasteczkiem.
Hmm... nazwa miejscowości dla polaków może się wydać... specyficzna, a najlepsze jest to, że podczas pobytu na zamku w Peniscoli była tablica tłumacząca skąd wzięła się taka nazwa i B. po przetłumaczeniu powiedziała, że właśnie kiedyś tam po hiszpańsku znaczyło to to samo co po Polsku teraz :D
Co ciekawego się działo?
- Wyprawa na zamek templariuszy <informacje z ulotki, którą się dostaje po wykupieniu biletu (3,5 euro) do zamku. Jest opcja otrzymać po hiszpańsku albo po angielsku>
"Zamek w Peniscoli zaczęli budować Templariusze, ukończył/li "Montesianos" w XIV wieku. Następnie zmodyfikowany przez Pope Luna". Warto wdrapać się tutaj na szczyt skąd można podziwiać panorame miasta oraz można zobaczyć tutaj sale mieszkalne, scene, były kościół, dawne meble, itd.
Organizowane są tutaj też wystawy (dodatkowo płatne)
- spacery po dwóch plażach
- jakaś impreza miasta + Nasz spontaniczny występ na scenie-> widok miny ludzi- bezcenny :D
- G. poparzyła meduza podczas wieczornej kąpieli w morzu
- urodziny Pana Myszki
- zakończenie urodzin na hotelowym dachu (bezpiecznym , ogrodzonym i przeznaczonym do chodzenia po nim)

Nasz hotel: http://www.hotelblasonjunior.com/
Bardzo fajny hotel- polecam :) Jedyne co mnie... może nie tyle denerwowało, co raczej krępowało to to, jak starszy Pan (chyba właściciel) przy śniadaniu chodził od stolika do stolika i częstował Nas świeżo wypieczonymi, ciastkami/ bułeczkami/ innymi ciastkami, i całą masą innych rzeczy. Po prostu było mi głupio. Ale widziałam że ten Pan się cieszy jak braliśmy i Nam smakowało i ciągle tylko brałam (mimo, że mój żołądek już miał spore problemy, żeby to zmieścić), uśmiechałam się i dziękowałam.
Peniscola. Fot. źródło własne

A.

piątek, 4 października 2013

Hiszpania- część 1-> Alicante+ okolica

Alicante 

Czy jak kto woli Alacant (nazwa miejscowości oznacza źródło światła/ miasto światła. Zależy z którego przekształcenia na przestrzeni wieków tłumaczyć), jest stolicą prowincji (jednej z trzech) o tej samej nazwie we wspólnocie autonomicznej- Walencja. Miasto nieduże (pow. ok. 200 km², czyli podobnie jak Świnoujście) i nie za bardzo zaludnione (ponad 330 tys. mieszkańców, czyli podobnie do Lublina), a mimo to o wiele bardziej popularne od wspomnianych polskich miast. Wszystko to za sprawą położenia- przy wybrzeżu Costa Blanca, która jest powodem przyjazdu tysięcy turystów z całego świata (chociaż często nie jest to ich miejsce docelowe, a tylko przystanek podczas rejsu, czy tzw. objazdówki).
Mi od razu rzuciły się tam w oczy panie... dość swobodnie czujące się bez ciuchów (brak ciuchów oznacza też brak strojów kąpielowych ^_^) Oczywiście jest tam to legalne, itd., ale... dziwne to troche :D Raz przyłapałam Pana, który lażał na ręczniku i ukradkiem robił zdjęcia jednej nie odzianej Pani. Dodatkowo zauważyłam tylko pare dzieci, ale nie wiem czy jest to tam normalne, czy było to spowodowane tym, że byłam tam we wrześniu i te starsze musiały już chodzić do szkoły.

Jeśli wierzyć Wikipedii, to pobliska plaża San Juan de Alicante jest uważana za ulubioną plażę mieszkańców Madrytu.
U góry- port w Alicante (na którym dopiero od niedawna (ok. od 20 lat) stoją takie wypasione łodzie. 
Wcześniej były tu tylko małe łupinki rybackie), po środku i na dole- główna plaża Alicante (Playa del Postiguet). 
Fot. źródło własne
Zaraz przy plaży znajduje się wejście do windy, zainstalowanej w szybie wykutym w skale (ponad 200 m), którą można wjechać (odpłatnie) na zamek Santa Barbara znajdujący się na wzgórzu. Nie pamiętam dokładnie ile euro należało zapłacić za wjazd (ale nie było to mało...), gdyż my weszliśmy o własnych siłach i osobiście polecam ten właśnie sposób zaliczenia atrakcji. Podejście jest łagodne i nie zajmuje dużo czasu. Zjazd z poziomu 2 (czyli z samego szczytu) również jest odpłatny, ale z poziomu pierwszego jest już darmowy. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ponieważ poziom 2 od poziomu 1 oddziela 10 minutowy spacer (czas podany uwzględnia sesje zdjęciową z panoramą Alicante) po łagodnym zejściu. Tak więc logiki w tym brak :D W zamku znajduje się parę sal do których warto wejść i zobaczyć wystawy. Mi niestety nie udało się wejść do "Szpitala", bo Pani za 5 minut miała sjeste i nie miała ochoty już nikogo wpuścić.

Punkt obowiązkowy! Ze szczytu rozciąga się przepiękna panorama. Fot. źródło własne
Ayuntamiento- czyli ratusz. Barokowy. Zbudowany na fundamentach starego. Ukończony pod koniec XVII wieku. Znajduje się w nim odpowiednik polskiej białej sali (udzielanie ślubów), tylko że tutaj sala ta nie nazywa się białą, tylko... błękitną. Z tyłu ratusza znajduje się przeszklenie, przez które można zobaczyć resztki murów, które niegdyś broniły Alicante.
Fot. źródło własne
Podobno na uwagę zasługuje też Muzeum Szopek Betlejemskich (Museu de Betlems), w którym podziwiać można szopki z całego świata z różnych epok. Znajduje się ono przy Calle Mayor, a dokładniej zaraz przy Plaza de S Faz.

Casa de les Bruixes- czyli dom czarownic. Kapryśna, biała budowla reprezentująca powstającą od początku XX wieku nową dzielnicę oraz jej secesyjny styl. Aktualnie mieści się w niej rząd prowincji. Znajduje się przy złączeniu Calle de Rafael Terol z Calle de San Fernando.

Kościół Santa Maria- z XIV wieku. Znajduje się w starej dzielnicy. Najstarszy kościół w Alicante. Styl gotycki, jednak fasada jest barokowa (XVIII wiek) +fragmenty z XIV wieku.Podobno ładny w środku- niestety dla mnie było zamknięte :( Ale z zewnątrz szału nie robi... Z tym kościołem wiąże się pewna ciekawostka, ale o tym będzie niżej :)

Contcatedral de San Nicolas de Bari- było tam pełno kartek zakazujących robienie zdjęć (w sumie nie wiem czemu... ale trzeba uszanować :) ). Dawniej meczet. W sumie Kościół dość dziwny, bo był pomazany z zewnątrz (coś a'la graffiti? Jakieś różne napisy... w sumie nie wiem co oznaczały).

Explanada de Espana- urokliwa promenada wzdłuż morza (portu) otoczona palmami :) Bardzo ładne miejsce :) Budki po prawej stronie zostały postawione, ponieważ wcześniej każdy ze sprzedających miał swoją własną budkę= każda była inna i nie każdy o swoje dbał= nie był to fajny pierwszy widok dla turystów którzy dopiero co przybili do portu.

Fot. źródło własne
Mercado- nie wiem jak opisać gdzie jest. Centrum, między 2 stacjami tramwaju L2. Można tam kupić wszystko do jedzenia! Ceny- przystępne, a wszystko jest bardzo świeże! Owoce, Mięso, Sery, Ryby, krewetki, Ośmiornice..... Na miejscu panowie pokroją jak pasuje, zapakują i w ogóle co potrzeba to załatwią.
Fot. źródło własne
Oprócz tych kilku wspomnianych atrakcji Alicante nie ma chyba już nic do zaoferowania. Zdecydowanie fajna miejscowość, do zobaczenia w 2-3 dni. Ciesze się, że byłam i zobaczyłam, ale miasto to nie trafia na listę miejsc, do których chciałabym wrócić za parę lat. Polecam jak ktoś się nastawia na dużo leżenia na plaży :)

Ciekawostki:

- ulica przy której znajduje się najwięcej sklepów z ciuchami (i nie tylko) nazywana jest potocznie ulicą głupków (La Calle de tontos), bo... ludzie jak te głupki chodzą w tę i z powrotem;

- jest bardzo mało nowych inwestycji publicznych, bo podobno jak się coś postawi to niewychowana młodzież zaraz to dewastuje (heh... brzmi znajomo);

- Podobno znajduje się tutaj outlet Zary i innych popularnych sklepów, gdzie warto się wybrać na większe zakupy. Finansowo nie szykowałam się na kupowanie ciuchów, więc tę 'atrakcję' sobie podarowałam.

- Nie wiem kiedy, ani jak się nazywa... ale odbywa się tutaj taka impreza, kiedy to paru silnych, dorosłych mężczyzn (coś w przedziale 8-12 sztuk) bierze na swoje barki 4- tonowy krzyż i schodzi z nim z Kościoła Santa Maria (bo ten znajduje się dosyć wysoko i trzeba przejść przez miliony niskich szerokich stopni) do Katedry Świętego Mikołaja. Generalnie nikt oczywiście nie wierzy że krzyż waży 4 tony, ale pewnie i tak jest ciężki.

- W Alicante dużo cudzoziemców emerytów (np. Holendrów) kupuje domy/ mieszkania i pomieszkuje tutaj od października do kwietnia/ maja. Dlaczego?? Bo w lato jest im tutaj za ciepło, a w zime za zimno u nich (przykładowo w Holandii). Tak więc jak się zrobi im zimno w domu nr 1 to wyjeżdżają do domu nr 2, a jak w drugim robi się za ciepło to znowu wracają do pierwszego.

- W mieście na tramwaj trzeba zejść pod ziemie. Że niby a'la metro mają :D Ale poza centrum już normalnie są przystanki (przynajmniej tam gdzie ja jeździłam).
Koszt biletu z przystanku "Universitat" do centrum-> 1,45 euro (można kupić w tramwaju, a w centrum w maszynie przed bramkami). Biletu się nie wyrzuca, bo jest potrzebny, żeby wyjść.
Tramwaje ładne, nowe, czyste. Kontroli biletu nie miałam okazji przejść.

To tyle z samego Alicante. Co do spraw bardziej organizacyjnych- mieszkaliśmy w akademiku Uniwersytetu Alicante, który to (uniwersytet) nie znajduje się w Alicante, tylko w Sant Vicent, które znajduje się jakieś dobre pół godziny jazdy tramwajem do centrum Alicante.Znajduje się tam cały kampus uniwersytecki i wygląda PRZEPIĘKNIE! Dużo zieleni, nowe budynki, a i sam akademik to jakiś taki luksusowy troche :D No dobra... luksusowy porównując do Polskich. Ładnie, elegancko, klimatyzacja, lodówka, łazienka czysta. Tylko wifi ciężko było łapać... no ale w końcu nie po to tam pojechałam :)
Tak- to łóżko, które od pierwszej minuty było już zagracone- to moje :D Fot. źródło własne
Dodatkowo byliśmy w La Nucia i Biar na koncertach. Miejscowości bardzo ładne, ale byłam w nich tylko z grupą przy okazji koncertów, które tam mieliśmy. Nie było specjalnie czasu na chodzenie po nich. W domu kultury w La Nucia sala koncertowa może mieć podniesione zasłony i wtedy podczas występu występuje się na tle niesamowitego krajobrazu.

A.