Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Au pair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Au pair. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

Prematche 6 - 14

Rodzina za rodziną... co chwila ktoś się zgłasza! Niestety większość to nadal Wschodnie Wybrzeże, jednakże Rodziny są na prawdę fajne :) 

(Było więcej komentarzy przy prematchach, ale blogspot się zbuntował i nie mam czasu popoprawiać wszystkiego, więc zostawiam komentarze tylko przy bardziej interesujacych - dla mnie - prematchach)

PREMATCH 6
Lokalizacja: Maryland, DC area
HK: 3 dziewczynki (10,9,3) i chłopiec (6)
Zwierzaki: psy i kot 

PREMATCH 7
Lokalizacja: NYC
HK: 3 chłopców (13,6,4) i dziewczynka (8)
Zwierzaki: psy i koty 

PREMATCH 8
Lokalizacja: San Rafael, California
HK: 2 dziewczynki (8,6) i chłopiec (4)
Zwierzaki: brak
W końcu Kalifornia!!! Dzieci przesłodkie!!! Napisali że uwielbiają mój profil i koniecznie musimy się umówić na Skypa. Spytali o dyspozycyjność to im podałam w czasie wschodniego wybrzeża. W odpowiedzi napisali, że szukają kogoś kto dopiero przyjedzie do USA, bo chcieliby aby au pair została z nimi na 2 lata (lub tak jak poprzednia, na 3 - rok jako studentka). Przeprosili za niedopatrzenie...

PREMATCH 9
Lokalizacja: Piękna nadmorska miejscowość w Massachusetts (ok 45-60 minut od Bostonu)
HK: 2 chłopców (12,9)
Zwierzaki: brak
Fajna rodzina, ale nie ta lokalizacja. W Bostonie byłam tydzień temu (notka powstanie niedługo). Miasto bardzo mi się podobało i na pewno przez 2 dni nie zobaczyłam wszystkiego co ma do zaoferowania to miasto, jednak na drugi rok chce trafić gdzieś, gdzie jeszcze mnie nie było! :) 

PREMATCH 10
Lokalizacja: Long Island (ok. 30 min. od Manhattanu)
HK: 3 chłopców (8,6,4)
Zwierzaki: brak

PREMATCH 11
Lokalizacja: Atlanta, GA
HK: 2 dziewczynki (11,9)
Zwierzaki: 2 psy
Brak zdjęć i listu. Napisała do mnie ich au pairka, że rodzinie bardzo się spodobał mój profil i chciałaby ze mną porozmawiać, jeżeli jestem zainteresowana. Pierwszy raz to au pair, a nie rodzina do mnie napisała, co uważam za super! Muszą mieć do niej ogromne zaufanie, a au pair musi się u nich świetnie czuć! 2 dni nad nimi myślałam, ale ostatecznie odmówiłam. Fajna lokalizacja, dużo kulturalnych eventów się tam odbywa, itd... Ale jednak ciągnie mnie bardziej na zachód (szczególnie, że w Atlancie już byłam).
Podczas pierwszego roku, to rodzina nr 11 okazała się moim Perfect (jak się okazało później, nie do końca perfect) Matchem. Tym razem na pewno czeka mnie więcej prematchy, niż podczas pierwszego roku...


PREMATCH 12
Lokalizacja: Boston, MA
HK: dziewczynka (9)
Zwierzaki: pies
Świetna rodzina! Również myślałam, czy nie dać im szansy (kurs na Harvardzie? ;) ), ale ostatecznie z bólem serca im odmówiłam. 

PREMATCH 13
Lokalizacja: DC
HK: 2 dziewczynki (10,8)
Zwierzaki: brak
Jest to mój prematch 3 - drugi raz mnie polubili, drugi raz zadzwonili, itd. Przeprosili, bo nie skojarzyli mnie po tygodniu :D

PREMATCH 14
Lokalizacja: Maryland (przedmieścia Baltimore)
HK: dziewczynka (15), chłopiec (9)
Zwierzaki: 2 psy

11 dni otwartego roomu - 14 rodzin. Nie jest źle, ale ciągle nie to... Nawet żadnego Skypa nie miałam! Czekam dalej...
A.

wtorek, 7 czerwca 2016

Extension!!! 5 prematchy w 3 dni!!!

To tak okropne jak au pair tłumaczy się z niepisania postów na blogu, ale... na prawdę nie ma czasu! Szczególnie jak masz sporo pracy z dzieciakami. Ja latam tylko między aupairowskimi obowiązkami, siłownią i uczelnią... Ale przede mną ostatni tydzień zajęć i karnetu na siłowni, więc mimo, że szykuje mi się trochę wyjazdów w lato, to myślę że znajdę czas, żeby nadrobić zaległości :)

Zdecydowałam się przedłużyć program. Moja aktualna Host Rodzina była przekonana, że zdecyduję się przedłużyć z nimi, ale chyba zaakceptowali moją decyzje :) 3 dni temu (w piątek wieczorem) biuro otworzyło mi "room" i mam czas do 15 sierpnia na znalezienie nowej rodziny. Nie ukrywam, że tym razem będę bardzo wybredna i jak nie znajdę rodziny spełniającej moje wszystkie, lub zdecydowanie większość moich wymagań, to wracam do Polski. Kolejne 12 miesięcy ma być przyjemnością :)



PREMATCH 1

Lokalizacja: Long Island (45 min. od NYC)

HK: 2 chłopców (6 i 10)
Zwierzaki: brak



Byłabym ich czwartą au pair. Praca 7-9am i 4-7pm. Weekendy wolne (raz w miesiącu randka w piątek lub w sobotę wieczorem). Samochód dla au pair (nie do pracy, tylko w czasie wolnym).

List bardzo miły, choć bardzo konkretny. Dużo zdjęć. 
Podziękowałam, bo nie odpowiada mi lokalizacja i mimo małej ilości godzin czułam jakby mieli ogromne oczekiwania od au pair.


PREMATCH 2
Lokalizacja: CT (50 min. od Manhattanu)

HK: 2 chłopców (16,12), dziewczynka (14)
Zwierzaki: pies



Byłabym ich jedenastą au pair. Świetna rodzina! Zdecydowanie mój numer jeden jak do tej pory! Hości przyjechali z UK, a Hostka sama kiedyś była au pair w USA, więc zna au pairskie życie. Zakochali się w mojej aplikacji, bo szukają kogoś starszego, niezależnego, kto lubi lacrosse. Także jak zobaczyli moje wideo, że kiedyś grałam to stwierdzili, że właśnie mnie chcą, bo wszystko świetnie pasuje. Gdyby nie lokalizacja to pewnie byśmy się zmachowali. 

Wielki dom, duży pokój z łazienką dla au pair, samochód, basen.... wszystko grało tylko nie ta lokalizacja :( Jak im napisałam, że nie odpowiada mi miejsce to odpisali że to rozumieją i życzą mi udanego roku. Lubię jak rodziny tak piszą, a nie po prostu znikają...


PREMATCH 3
Lokalizacja: DC

HK: 2 dziewczynki (10,8)
Zwierzaki: brak

Aktualnie mieszkam na przedmieściach DC i mimo, że jest tu dużo do robienia to chcę jechać w inne miejsce. Praca 7-8:30 i 3:30-7. Pokój z łazienką, telewizorem i osobnym wejściem. Mieszkają w centrum DC, więc jest to ogromny plus! Najprawdopodobniej brak samochodu.


PREMATCH 4
Lokalizacja: DC

HK: 2 dziewczynki (9,2)
Zwierzaki: pies

Kolejne DC. Szukają pierwszej au pair, ponieważ niania którą mieli do tej pory przez kilka lat jest w ciąży. Bardzo mnie chcieli, ale nie wiedzieli, że jestem właśnie w DC. Mieszkają w na prawdę świetnej dzielnicy DC (jak dla mnie nejlepsze miejsce w DC do zamieszkania!). Nie mieszkaliby z au pair. Dla mnie byłby apartament który właśnie odnowili blisko ich domu. Super rozwiązanie! Znowu mogłabym być niezależna :) Brak samochodu, ale kto potrzebuje samochód w DC ;) 


PREMATCH 5
Lokalizacja: 30 minut od Chicago, IL

HK: 2 dziewczynki (9,6)
Zwierzaki: psy

Najbardziej nietrafiony prematch. Nie dość, że zimno to jeszcze schedule tragiczny! Rano od 6:30 do 8 przygotowywanie dzieci do szkoły (rodzice w tym czasie przygotowują siebie do pracy :/ ), później 2:30-7:30. Praca również w soboty 8-12. Jako że lubię spać, to na pewno się na to nie zgodzę. Przyzwyczaiłam się do wolnych weekendów :D 


Extension dopiero rozpoczęłam, ale jak taka ilość prematchy się utrzyma to mogę mieć ich nawet 117 (deadline to 15 sierpnia, czyli mam 10 tygodni)! Mam nadzieję, że w końcu zaczenie odzywać się też druga strona USA, a nie tylko NY i DC...

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rematch

Tak jak wspomniałam w poprzednim poście - prawie 2 miesiące temu byłam w rematchu. 

Gdy 21 września wsiadałam na pokład samolotu lecącego z Warszawy do Nowego Jorku byłam przekonana, że czeka mnie niesamowity rok z rodzina, którą znalazłam aż 5 miesięcy wcześniej i która wydawała mi się być bardziej niż idealna! Fajni Hości, kochany dzieciak, którego "pokochałam" od pierwszej rozmowy na Skypie, samochód do dyspozycji, mieszkanie w uroczym miasteczku, pokój z własną łazienką i salonem... Byłam przekonana, że jestem największą szczęściarą ze wszystkich au pair i mimo że nie jadę do mojej wymarzonej Kaliforni, to jadę do najlepszej rodziny w całych Stanach. 

Nie wiedziałam wtedy jeszcze jak bardzo się myliłam....

Lokalizacja, warunki, kontakt z Młodym - wszystko było super! Niestety ostatecznie nie mogłam używać samochodu w wolnym czasie. Na początku mówili, że będę mogła brać auto dopiero jak zrobię prawo jazdy amerykańskie. Zrobiłam je najszybciej jak się dało, czyli po miesiącu i 2 tygodniach. Prawo w Virginii pozwala zapisać się na egzamin dopiero po miesiącu mieszkania w tym stanie. Do teorii mogłam przystąpić od razu, natomiast na egzamin praktyczny musiałam czekać 2 tygodnie. Zgodnie z ich prośbą zrobiłam prawo jazdy, jednak wtedy zawsze mówili, że potrzebują oba samochody i żebym wzięła uber. I nie - nie chodziło o to że nie potrafie jeździć samochodem. Jeździłam z Młodym, ale nie mogłam po pracy. Więc skoro dawali mi auto, żebym woziła Młodego to raczej uznali, że jestem bezpiecznym kierowcą.
Kolejna rzecz która nie grała, to totalnie różne charaktery z Hostką. Chodziłam zestresowana starając się zrobić wszystko idealnie, a i tak miałam wrażenie że prawie nigdy mi się to nie udawało. 
Ciężko mi było podjąć decyzje o rematchu. Nie miałam złej rodziny i bałam się że trafie gorzej. Tyle słyszałam/czytałam o dziewczynach/chłopakach które/którzy mają wydzielane jedzenie, pokój z robalami, dzieciaki bez respektu do au pair, itd. Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i poprosiłam o rematch, który okazał się nie być wcale taki zły jak się spodziewałam.

Miałam opłacone zajęcia w collegu (dużo wyłożyłam z własnej kieszeni), więc zależało mi żeby zostać w bliskiej okolicy i powiedziałam o tym LCC. Byłam przekonana, że znalezienie fajnej rodziny w określonym obszarze jest niemożliwe, a jednak się udało! 2 dni po zgłoszeniu rematchu poszłam na obiad z jedną z potencjalnych rodzin. Super było to, że mogliśmy poznać się osobiście! Po obiedzie powiedzieli, że bardzo by chcieli żebym została częścią ich rodziny. Z wielką przyjemnością się zgodziłam i tak oto mój rematch się zakończył. W sumie przez 2 dni rematchu moja LCC zaproponowała mi 4 rodziny, więc jest to całkiem fajny wynik! U nowej rodziny jestem prawie 2 miesiące. Z Hostką oglądam seriale, Host piecze nam babeczki, dużo rozmawiamy i śmiejemy się razem, jest luźna atmosfera, z dzieciakami super mi się pracuje, a samochód mam dla siebie - mogę brać kiedy chce i jechać gdziekolwiek chce. Także nie ma co się bać! To ma być Wasz rok! Macie się dobrze czuć i spełniać marzenia! 

Co do byłej Host Rodziny... Ciężko mi było zostawić Młodego, bo zżyłam się z nim bardzo. Hostka na koniec rozmawiała ze mną poprzez moją LCC, co było dziwne i tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzje idąc w rematch. Mimo wszystko życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że znajdą idealną dla siebie au pair. Po prostu nie byli idealni dla mnie, a ja dla nich.

Rada: Żyjcie dobrze z LCC, bo ona może zdziałać cuda podczas Waszego rematchu!


JAK WYGLĄDA REMATCH?
Zgłaszasz go rodzinie i LCC (lub rodzina zgłasza go Tobie i LCC). Od czasu gdy LCC poinformuje agencje i otworzą Ci ponownie konto, masz 2 tygodnie na znalezienie nowej rodziny i przeprowadzenie się do niej. LCC robi rozliczenie między Tobą i Rodziną Goszczącą. W moim przypadku musiałam oddać mojej Rodzinie ok.100$, ponieważ oni zapłacili 500$ za moją edukacje a byłam u nich równe 5 miesięcy. Musiałabym oddać im więcej, jednak nie wykorzystałam w ogóle urlopu, przez co rodzina musiała mi za niego zapłacić, co w ostatecznym rozrachunku wykazało, że muszę im zapłacić 100$. Nowa rodzina dała mi 294$ na kolejny kurs, ale niestety z 10 dni wakacji zostało mi tylko 6 (z czego 5 mam już zaplanowanaych: Kanada w czerwcu i Kajmany + Belize + Honduras + Meksyk w lipcu).

Do napisania!
A.

piątek, 25 marca 2016

Pół roku w USA!

Dokładnie 185 dni, czyli 6 miesięcy i 4 dni.

Zleciało strasznie szybko! Dużo się działo - dobrego i złego. Od miesiąca jestem u nowej rodziny... Tak - byłam w rematchu. Była to moja decyzja, którą tak naprawdę rozważałam od samego początku. Za dużo nikomu nie mówiłam, bo wydawało mi się, że rematch to taka straszna sprawa i chciałam po prostu dotrwać do końca. REMATCH WCALE NIE JEST TAKI ZŁY! Ale napiszę o nim innym razem. Teraz chciałam podzielić się z Wami filmikiem jaki na szybko zrobiłam podsumowujący moje 6 miesięcy w Stanach. 

11 stanów "zaliczonych", 39 zostało do zobaczenia!

W weekend zamierzam poczytać blogi, bo przyznam, że mam spore zaległości! Postaram się też dodać kolejną notkę. 

Miłego weekendu!

A.



wtorek, 1 grudnia 2015

Thanksgiving

Trochę mnie nie było, ale już jestem i obiecuję nadrobić zaległości. Wyjaśnię również dlaczego przez jakiś czas nic nie pisałam. Miałam małe problemy, ale już jest wszystko dobrze :)

Thanksgiving, czyli Święto Dziękczynienia jest świętem obchodzonym w USA (w czwarty czwartek listopada) oraz w Kanadzie (drugi poniedziałek października) na pamiątkę przybycia brytyjskich pielgrzymów (ang. pilgrim) do miejscowości Plymouth w stanie Massachusetts w 1621 roku. Miejscowa ludność pomogła im przetrwać, a Ci aby im się odwdzięczyć przygotowali dziękczynną kolację. 
The First Thanksgiving

Miałam szczęście i udało mi się spędzić to wyjątkowe dla Amerykanów święto  w prawdziwej amerykańskiej rodzinie. Dokładniej, spędziłam je u mojej LCC (najlepszej na świecie!), do której zjechało się ponad 20 osób.  Przygotowania zaczęły się kilka dni wcześniej, kiedy to moja LCC ze swoją mamą całymi dniami przygotowywały potrawy: przekąski, desery, kilka dań... no i oczywiście indyka! Stoły się uginały, a zamknięcie lodówek było nie lada wyzwaniem! 

Goście zjeżdżali się mniej więcej 14:30-16 (chociaż jeden syn LCC trochę zaspał i dojechał dopiero koło 18!). W tym czasie wszyscy się poznawali, jedli przekąski lub szykowali stół na obiad, a dzieci robiły czapki pielgrzymów i wręczały każdemu (mimo, że nikt jej później nie zakładał). LCC przedstawiała mnie jako swoją przyjaciółkę, a gdy podczas rodzinnej fotografii zaoferowałam się, że mogę zrobić zdjęcie usłyszałam, że absolutnie nie ma takiej opcji, bo teraz jestem częścią tej rodziny!
Przekąski

O 16 usiedliśmy do obiadu, który rozpoczął się podziękowaniem. LCC jako przedstawiciel rodziny dziękowała ze rzeczy, które spotkały ich w ostatnim roku. Podziękowała również za to, że w ten szczególny dla nich dzień jestem z nimi. Miło! Obiad to indyk przygotowany na dwa sposoby oraz masa towarzyszących mu dodatków, takich jak: puree ziemniaczane, sos, cranberry sauce, green bean casserole (nie polecam...okropne!) oraz wiele innych. 
Gotowi na obiad!
Po obiedzie był czas na odpoczynek i oglądanie footballu amerykańskiego (niestety nie mogliśmy pograć, bo było za zimno, więc oglądanie musiało wystarczyć). Ciągle nie czaje zasad, ale udawałam, że mniej więcej wiem o co chodzi :D Dzieci kleiły domek z piernika (miały zrobić 2 i miały być zawody w jego jedzeniu, ale ostatecznie zbudowanie jednego domku okazało się wystarczająco trudnym zadaniem), po czym przyszedł czas na ostatni posiłek - deser! Pumpkin pie, apple pie, masa ciasteczek... uwielbiam słodkie rzeczy, ale nie dałam rady wszystkiego spróbować! Później graliśmy w grę, które według mnie jest połączeniem Tabu i Gorącego ziemniaka. Świetna zabawa i dużo śmiechu do około 23, kiedy to powoli wszyscy zaczęli wracać do domów lub iść spać.
Piernikowy domek maksymalnie obklejony słodyczami
Deser!!!! :)
Piątek po Thanksgiving to Black Friday, czyli podobno dzień największych wyprzedaży. Usłyszałam dużo opinii, że wcale nie ma tak dużo promocji... Są na jakieś określone rzeczy i bierzesz to co jest, a nie koniecznie to co bardzo chciało się kupić. Słyszałam, że lepiej kupować po Bożym Narodzeniu - są większe promocje i na wszystko. Ja się nawet nigdzie w ten dzień nie ruszyłam, natomiast dziewczyny pisały mi, że ciężko było znaleźć miejsce na parkingu i wcale nie kupiły tak dużo. Były to zakupy bardziej na zasadzie "kosztowało tylko 15$ to wzięłam. Może się kiedyś przyda". Ja czekam na styczeń, żeby kupić cieplutką bluzę, iPada i być może lustrzankę Nikon. Nic więcej mi nie potrzebne :) 

Mam nadzieję, że Wy również spędziliście fajnie Święto Dziękczynienia i być może kupiliście coś ciekawego podczas Black Friday. Jak nie ma Was w Stanach, a planujecie wyjechać, to... szykujcie brzuchy! I nie jedźcie za dużo na obiad, bo to deser jest najlepszy ;)

A.


czwartek, 22 października 2015

Miesiąc - jest lepiej :)

Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre słowa! To było bardzo miłe :)

Tak jak przewidzieliście - jest już lepiej. Z Młodym już się fajnie dogaduje. Zna granice, sam wie kiedy przegnie i zna konsekwencje. Napady złości są teraz rzadsze i dużo krótsze. Wie że nic nie dadzą, więc czasem sobie popłacze, pokrzyczy i jest luzik. Przy następnej okazji użyje sposób Poli z liczeniem. Myślę, że może się sprawdzić! O wiele fajniej mi z nim jest jak jesteśmy sami. Przy rodzicach świruje i zachowuje się inaczej, a ja czuję się mniej pewnie, wiedząc że za ścianą ktoś mnie może obserwować i słyszy wszystko co mówię. Na szczęście Hostka rzadko kiedy pracuje w domu, więc jakoś to przeżyje. Często przychodzi, przytula się, mówi miłe rzeczy. Kochany jest i przestał mnie testować :)

Z Hostami cały czas ok. Niestety nie mogę powiedzieć, że są dla mnie jak prawdziwa rodzina. Są kochani i jak potrzebuję pomocy to zawsze pomogą, ale czuję że u nich pracuję. Mają wymagania i zasady. Jak je spełnię to jest ok, ale jak coś pomylę/ zapomnę/ przekręcę to mogę mieć problemy. Dlatego staram się jak mogę, aby wszystko robić dobrze. Nie mogę jeździć samochodem. Tylko jak pracuję to mogę po najbliższej okolicy. Jak zdam tutejsze prawko to mamy wrócić do rozmowy o używaniu samochodu w wolnym czasie. Myślałam, że uda mi się je zrobić wcześniej, ale mogę podejść do egzaminu dopiero po miesiącu mieszkania w Virginii, więc w następnym tygodniu trzymajcie kciuki!

Uczelnia - zapisałam się na NOVA Community College. Chciałam zacząć 21.10, ale nie ma nic fajnego. Uczelnia jest bardzo droga, więc wolę poczekać i od stycznia zacząć coś, co mnie będzie interesować i co przyda mi się w przyszłości. Najważniejsze, że zdałam egzaminy wstępne i mogę iść na co mam ochotę, co mnie bardzo cieszy! :)

Pierwsze wycieczki już za mną. Byłam kilka razy w Waszyngtonie, który uwieeelbiam! Jak na razie bardziej mi się podoba niż Nowy Jork, ale do niego na pewno wrócę w zimę (choinka i łyżwy na Rocefeller Center!) i jak już będzie cieplutko, więc ocenie jak spędzę w nim więcej niż kilka godzin. Plusem DC jest też to, że bardzo dużo rzeczy jest darmowych. W ostatnią niedziele można było za darmo zobaczyć ogród w Białym Domu. Teoretycznie po bilet trzeba było pojawić się wcześniej, ale ja poszłam od tak i akurat jeden bilet dał mi pewien przystojniak z obsługi. Moje szczęście! Także za cały dzień w DC przeważnie wydaję nie więcej niż 15$ (metro + obiad). W Columbus Day Washington Wizzards mieli "open practice", na który poszłam. Za darmo można było pooglądać jedną z najlepszych drużyn na świecie, w której szeregach jest Marcin Gortat! Na pewno wybiorę się tam jeszcze raz na ich mecz :)


Byłam też na Cox Farm z Host Rodziną. Miejsce typowo dla dzieci, ale mi też się podobało. Fajnie urządzone, a do tego sprzedają tam niesamowicie smaczny popkorn!

Soccer game - Cluster Meeting

Moja HF często jada na mieście. Tutaj mieliśmy swojego prywatnego kucharza, który do mojego dania ekstra dodał krewetki i cebulę, których nieznoszę! Ale żeby mu nie było przykro coś tam "pomerdałam" trochę zjadłam i powiedziałam, że nie jestem głodna. 



Orkiestra Obamy

Ogródek Obamy

Open prectice


Cox Farm
Taka Ameryka :D

Tyyyle dyń! 
W najbliższą sobotę jadę zagłosować do Ambasady, a później do Annapolis na mecz footballu amerykańskiego (cluster meeting)! W niedziele koleżanka planuje jechać do Parku Narodowego Shenandoah, ale nie wiadomo jeszcze czy pomysł wypali. A w następny weekend już Halloween! 

Żyję, mam się znacznie lepiej, w rematch póki co nie idę! 
A.






wtorek, 6 października 2015

Pierwsze dwa tygodnie - KATASTROFA!!!

Dzisiaj mijają równe dwa tygodnie od kiedy postawiłam stopę w tej cudownej, wymarzonej Ameryce. I co?? I nic.... Szału nie ma.... Zero fajerwerków, ekscytacji... 5 lat marzeń i planowania tego wyjazdu, a teraz siedzę i myślę, że lepiej mi było na Teneryfie i ze chętnie to tam właśnie bym wróciła. Albo do Polski (tak, do tej złej, okropnej Polski, z której wszyscy chcą uciec i której tak wiele osób nienawidzi). Ale od początku.

Wyjazd rozpoczął się szkoleniem, o którym pisałam w poprzednim poście. Zobaczyłam Nowy Jork i było super. W czwartek o 17 wsiadłam w pociąg do Waszyngtonu, w którym byłam o 22. Jechałyśmy dość sporą grupą osób, w tym we trzy Polki. Był to pierwszy moment kiedy na prawdę zaczęłam się denerwować. Jacy oni będą? Czy mnie polubią? Czy ja polubię ich? O czym na początku rozmawiać, żeby nie było niezręcznej ciszy? Jak się przywitać? A co jeśli kłamali i wcale nie są tacy jak pisali?

Waszyngton. Czas wysiadać. 
Idziemy my - zestresowane au-pairki. 
Czekają oni - zestresowane rodziny. Czasem całe, a czasem z powodu późnej pory, tylko przedstawiciel. 
Na mnie czekała cała rodzina. Przytulas z Hostką, przytulas z Hostem, piątka z Młodym, który dał mi rysunek  na przywitanie i poszliśmy do samochodu. W między czasie cały czas gadałam (w końcu tyle tematów zapisałam sobie w głowie podczas podróży) co chyba nawet dla nich było dziwne. Pojechaliśmy trochę dłuższą drogą, żeby pokazać mi DC nocą. Piękne, a do tego takie puste miasto... prawie zerowy ruch był tej nocy. 


Dojechaliśmy do domu. Mojego Nowego Domu. Pokazali mi mój pokój, Hostka dała mi parę kosmetyków, prysznic i spać, bo następnego dnia musiałam wstać o 7 (bo po co wyspać się po szkoleniu i przestawić na nowy czas)! Rano Hostka pokazywała mi codzienny poranny rytuał i zawieźliśmy go do szkoły. Później Hostka pracowała a ja od 9:30 do 15:30 miałam wolne. Pojechałyśmy po Młodego i do około 19 bawiłam się z nim. Hości zamówili pizze, obejrzeliśmy film i tyle. W między czasie pokazali mi wszystko. Osługę każdego urządzenia w domu, zasady, co gdzie jak robić, w jaki sposób co podawać.... Po filmie poszłam do pokoju, gdzie ryczałam w poduche i pytałam sama siebie, po co mi to było. Nie pamiętałam nic co mi mówili. Jak co działa, jakie śniadania mam robić Młodemu, gdzie co jest w domu.... Byłam przerażona.

Na dobitkę w sobotę pojechałam z Hostką otworzyć konto w banku (co by więcej do zapamiętania było) i na zakupy spożywcze (jakoś głupio było mi cokolwiek włożyć do koszyka). Wróciliśmy do domu, pobawiłam się z Młodym i pojechaliśmy na obiad do restauracji, a później do kina. Jak wróciłam do pokoju leżałam w łóżku i ryczałam. Nie wiedziałam co zrobić żeby wrócić...

W niedziele w sumie nic się nie działo. Poszłam na długi spacer po okolicy, a później Hostka wzięła mnie na parking, żebym spróbowała poprowadzić "ciężarówkę", bo nigdy wcześniej nie jeździłam automatem. Oczywiście poszło mi tragicznie i stwierdziła, że może lepiej na razie pojeżdżę mniejszym samochodem. Tak więc wróciliśmy i pojechałam z Hostem do centrum handlowego, po czym jak mieliśmy wracać to dał mi kluczyki i powiedział, że ja wracam. Zrobił to z poważną miną, więc raczej nie miałam co dyskutować i mówić że nie czuję się pewnie. Powiedział mi co gdzie jest i wróciłam do domu. Uznał że spoko jeżdżę i że na najbliższy tydzień zamienimy się samochodami. On weźmie większy, a ja będę jeździć mniejszym, bo widocznie czuję się w nim wygodniej. Wiedziałam, że następnego dnia mam już normalnie pracować, jeździć samochodem, itd. W nocy znowu ryczałam w poduche i zastanawiałam się co następnego dnia rozwalę, bo przecież nie pamiętam nic z rzeczy które mi co chwila ktoś mówił. Miałam tylko nadzieje, ze nie będzie to samochód, a coś mniej wartościowego.

Poniedziałek - piątek -> normalna praca, wg podanego rozkładu. Chyba środa była pierwszym dniem, kiedy nie uroniłam ani jednej łzy. Sukces!
Sobota -> świętowaliśmy urodziny Młodego, ale z rana Hostka wzięła mnie do polskiego sklepu, który jest ok. 20 minut ode mnie, bo stwierdziła, że tak mało jem bo mi ich jedzenie nie smakuje i mam sobie coś kupić! 
Tort urodzinowy Młodego!

Niedziela -> dwóch kolegów Młodego miało urodziny, więc pojechałam na impreze. Nie miałam tam pracować, a poznać się z inną Polką, która jest au pair właśnie tych dwóch solenizantów.

Poniedziałek, 05.10 -> Dzień byłby całkiem sympatyczny, gdyby nie: 
- niespodzianka z rana, że mam jeździć już dużym samochodem, bo Host chce swój z powrotem; 
- atak Młodego, który jak pojechałam odebrać go ze szkoły to zaczął mnie bić, bo chciał iść na plac zabaw, a nie mógł, bo miał inne obowiązki. Musiałam zatrzymać samochód i poczekać aż się uspokoi, bo odpiął pasy i w ogóle chciał z samochodu wychodzić. 10 minut później w domu przytulał się i mówił że mnie kocha i w ogóle było znowu spoko. Czasem ma takie napady. Ktoś ma jakieś rady co z tym można zrobić?
Zrobiłam na obiad (nie musiałam, tylko chciałam) gołąbki w sosie pomidorowym z ziemniaczkami. Smakowało im :)

Kontakt z Host Rodziną

Hości są super! Chociaż kilka rzeczy nie zgadza się z tym co ustaliliśmy (np. to że przez 10 dni miała być poprzednia aupairka jak przyjadę, a wyjechała tydzień przed moim przyjazdem. Więc nie było wprowadzenia, tylko od razu rzut na głęboką wodę). Ale generalnie są cudowni. Martwią się o mnie, dają dobre warunki, nazywają mnie członkiem rodziny, mają do mnie szacunek, którego tez oczekują od Młodego. Jak tylko powie coś lekko obraźliwego do mnie to bardzo za to obrywa - kara na iPad, najgorsza z możliwych. Także Hostom raczej nie mam nic do zarzucenia. Jak potrzebuje pomocy to zawsze pomagają i doradzają. Często pytają się jak coś wygląda w Polsce, jak powiedzieć coś po polsku. Interesują się moją kulturą, tak jak ja ich, co jest bardzo miłe :)

Host dziecko

na szkoleniu nasłuchałam się, że z tylko jednym dzieckiem to to będą wakacje a nie praca. Nie zgadzam się z tym! Jest sam, więc ciągle muszę z nim być. Nie ma że pobawi się z kimś innym, z bratem, z siostrą... Ale to jest spoko. W końcu to jest moja praca. Nie wiem tylko co mam zrobić z jego napadami... Czasem mogą być dosyć niebezpieczne nie tylko dla mnie, ale też dla niego.

Podróże

Nic nie widziałam, nigdzie nie byłam, bo cały zeszły tydzień lało, wiało i było ziiiimno (huragan). W ten tydzień będę mieć dużo pracy, ale w piątek wieczorem i w sobotę rano planuję zwiedzić Stare Miasto i port, a w niedziele chcę jechać do DC. Mam nadzieję, że wszystko wypali :) 


Było źle. Byłam sama. Chciałam wracać... Ale już jest lepiej. Za niedługo pójdę na uczelnię, poznam ludzi, będę planować wycieczki i czas zacznie lecieć szybko. Dam radę. Muszę!


A.


czwartek, 24 września 2015

Już jestem w USA!

Post miałam wstawić w niedzielę, czyli dzień przed wylotem. Miał być o prezentach i pakowaniu. Nie wyszło... Dlatego teraz będzie większy miks - pożegnania, prezenty, pakowanie i szkolenie, na którym aktualnie jestem i które kończy się jutro. Już jutro wieczorem zobaczę moją Host Rodzinkę! Mam nadzieję, że mnie nie zawiodą i będą tak wspaniali jak są do tej pory :)

Pożegnania

Z Teneryfy do Polski wróciłam tylko na 10 dni, które zleciały niesamowicie szybko! W piątek zorganizowałam imprezę, na której poinformowałam rodzinkę, że za 3 dni - w poniedziałek, wylatuję do Stanów. Przez weekend zrobiłam ostatnie zakupy, pakowanie (parokrotne, bo nie mogłam się zmieścić w limicie kilogramów) i kolejne pożegnania. Resztę poinformowałam telefonicznie, albo dowiedzieli się z fb jak już byłam w NYC. 

Prezenty

Kupiłam sporo prezentów, z których ostatecznie mało wzięłam. Miały być 3 ptasie mleczka, 2 opakowania śliwek w czekoladzie, krówki, michałki, Prince polo, polski miód, wino z Teneryfy,…. Ostatecznie zabrałam jedno ptasie mleczko, jedne śliwki, kilka Prince polo i wymieszaną paczuszkę z krówkami i michałkami. Poza znacznie zredukowanymi słodyczami, mam dla Host Rodziny jeszcze: album o Polsce, 100 najlepszych przepisów tradycyjnej polskiej kuchni, bajki po polsku i angielsku, płyta z muzyką klasyczną polskich kompozytorów, film „Ida”, notesik z Teneryfy, karty „Piotruś” w wersji polskiej, kredki Bambino, maskotka rekin, gra „Dobble”, makieta wulkanu (do zrobienia samemu). Może się wydawać, że Młody dostanie sporo prezentów, ale dwie ostatnie pozycje otrzyma dopiero na urodziny, które ma 10 dni po moim przyjeździe. Wolałam zabrać coś fajnego z Polski, niż latać tam i na szybko kupować byle co.  
(Raczej) prezenty urodzinowe dla Młodego

Prezenty powitalne dla Młodego

Wino, kremy z Kanarów i miód (którego nie ma na zdjęciu) niestety zostawiłam w Polsce, bo walizka była za ciężka :(

Płyty z muzyką i "Ida"

Książka kucharska tradycyjnej polskiej kuchni

Album o Polsce i bajki po polsku i po angielsku

 Pakowanie


Poza prezentami (które zajęły pół walizki) spakowałam jeszcze leki (sporo, na niemal każdą przypadłość), aparat, kosmetyki na pierwsze dni, książki: „Ameryka po KaWałku” (świetna!) do angielskiego, hiszpańskiego i przewodniki ; no i oczywiście ciuchy (mało, ale na każdą porę roku) i 2 pary butów (na jesień/zimę i baleriny). Przydałoby się 5 kg więcej w walizce, ale przynajmniej zrobiłam porządną selekcję i wiem, że wszystko co mam faktycznie będę używać.

Szkolenie

W poniedziałek o 12:20 miałam samolot z Warszawy do Nowego Jorku. Leciało ze mną 8 innych dziewczyn, ale siedziałyśmy porozrzucane po samolocie. Na szkoleniu doszły jeszcze dwie - jedna przyleciała dzień wcześniej, bo miała szkolenie z jazdy samochodem po USA, a druga leciała z Berlina. Także było Nas sporo, aż sama prowadząca się zdziwiła.

Szkolenie - super. Nie wiem jak jest w innych agencjach, ale w APiA bardzo mi się podobało. Wiem, że opinie są podzielone i każdy ma inne odczucia. Tylko tyłek mnie boli od ciągłego siedzenia i zajęcia mogły by być w sali gdzie są okna, ale nie jest najgorzej. Prowadząca - Jode, jest świetną babeczką. Ma ogromne doświadczenie i w ciekawy sposób przekazuje to co wie. 

W poniedziałek po przyjeździe do hotelu spotkała mnie bardzo miła niespodzianka - wycieczka po NYC opłacona przez Hostów! Zdziwiłam się, ponieważ będę mieszkała blisko Nowego Jorku i sami mówili, że na pewno czasem będę sobie tam jeździć na weekend. Ale było to bardzo miłe z ich strony. 
Po dotarciu do  pokoju (który dzieliła z dwiema bardzo sympatycznymi dziewczynami: drugą Polką i Brazylijką) tak jak prosili napisałam im że już doleciałam i wszystko jest ok oraz że dziękuję za wykupienie mi wycieczki. Około 15 minut po wysłaniu maila zadzwonił hotelowy telefon i pogadałam z Hostką. Spytała, czy czegoś potrzebuję i powiedziała, że chciała żebym pojechała na wycieczkę, by poczuć klimat Stanów. Rzeczywiście tak było - dopiero w Nowym Jorku zrozumiałam, że mój rok jako au pair już się zaczął!


67 piętro

69 piętro - widok na Central Park

Time square! Mniejszy niż się spodziewałam, ale ilość reklam powala z nóg. 


M & M's World

Statua wolności! Niestety tylko z daleka... 

Widok na New Jersey
Do Nowego Jorku na pewno jeszcze wrócę. Na początku "szału nie było", ale na Manhatanie... było niesamowicie! Jednak w 4 czy 5 godzin da się zobaczyć bardzo mało, dlatego już planuję, aby niedługo wybrać się tam na weekend :)

niedziela, 13 września 2015

Au pair - kontakt z Host Family + Bilet

Cześć!
Od przedwczoraj jestem w Polsce, a wczoraj dostałam bilet do Nowego Jorku! AuPair in America ma idealne wyczucie czasu, bo akurat zmagam się z pokanaryjską depresją, więc tak miła wiadomość poprawiła mi humor i sprawiła, że zaczęłam znowu myśleć o USA. Brzmi dziwnie, że zapomniałam o wyjeździe? Zero stresu, przeżywania, planowania, itd. Zazwyczaj wszyscy ekscytują się wyjazdem, a ja nie. Ekscytacja była w maju i czerwcu. Późnej wyjechałam i... po prostu żyłam latem i starałam się maksymalnie wykorzystać Teneryfę. Teraz tęsknię za ludźmi (których pewnie już nigdy więcej nie zobaczę), pogodą, atmosferą, pracą i za całą resztą. No może poza karaluchami.... Ich to mi akurat nie brakuje!

Kontakt z Host Rodziną mam specyficzny. Znaleźliśmy się w maju i szybko "zaiskrzyło". Powiedzieliśmy sobie "tak", szybkie załatwianie papierów, rozmowa o wizę i wyjechałam. Na Teneryfie Internet miałam tylko w miejscu pracy, przez co w wolnym czasie wolałam tam nie siedzieć, jeżeli nie było takiej konieczności. Umówiliśmy się pare razy na Skypa, ale zawsze było to w środku nocy (u mnie), przez co nie rozmawialiśmy za długo, ale przynajmniej konkretnie. Powymienialiśmy się zdjęciami, powysyłaliśmy maile i tak zleciały 4 miesiące.

Moje przedwyjazdowe wrażenia o Host Rodzince:
Hostka - uwielbiam kobietę! Mimo, że jest mega zakręcona, szalona i ma problemy z liczeniem (różnicy godzin), to jest dobrze zorganizowana i punktualna. Bardzo pozytywna osoba, która zawsze uśmiecha się od ucha do ucha. Raz spóźniła się ok. 10 minut na rozmowę, ale napisała mi maila że się spóźni. Później wielokrotnie przepraszała za spóźnienie tłumacząc, że Młody spadł ze schodów i mu krew leciała, więc musiała się nim zająć. Nie wiem jak w ogóle mogła pomyśleć, że mogę mieć do niej pretensje za takie spóźnienie!

Host - najsłabiej go znam z całej rodziny. Tylko parę razy z nim rozmawiałam. Pozytywny (i podobnie jak Hostka - zakręcony) człowiek. Za każdym razem jak rozmawiałyśmy to pytał mnie się jak tam na Galapagos.... Najważniejsze, że pamiętał że jestem Polką :) 

Młody - wulkan energii. Przemądrzały i trochę pyskaty rozgadany chłopiec. Muszę uważać na początku, aby nie pozwolić mu za dużo, bo ciężko mi będzie później naprawić ten błąd. Jednak nie ma on samych wad. Ba! Zdecydowanie więcej ma zalet. Kochany, troskliwy, ambitny, bystry, umie dążyć do postawionych sobie celów. Oboje mamy silne charaktery, dzięki czemu sądzę, że fajnie nam będzie ze sobą (na pewno nuda nam nie grozi!).

Zdaję sobie sprawę, że moi Host Rodzice są bardzo zajęci - nie ukrywali tego przede mną. Host wyjeżdża do pracy po 5 rano, a wraca (najwcześniej) ok.19, a Hostka czasem wyjeżdża na drugi koniec USA w poniedziałek rano i wraca w piątek wieczorem. Ale nie przeszkadza mi to w ogóle. Mają ogromny szacunek do au pair. Co prawda będę dopiero ich drugą, a aktualna była przez rok, ale po sposobie mówienia i rzeczach jakie mi zapewniają, abym dobrze się czuła, uważam że wiedzą o co chodzi w programie i wcale nie szukają taniej siły roboczej. Na ten moment nie żałuję decyzji i jestem spokojna o rodzinkę :)

Na pewno dużym plusem jest to, że rodzice Młodego mają wszystkie weekendy  i święta wolne, dzięki czemu wolne będę mieć i ja. Są tak samo pokręceni na punkcie podróży jak ja i mimo, że jeszcze mnie tam nie ma, to już planujemy gdzie chcemy razem pojechać. Mają już wstępne daty wyjazdu do Kalifornii, Chicago, Las Vegas, Zachodniej Kanady i na Floryde. Co prawda są to dopiero plany, ale miło jechać z wizją, że i mnie w nich uwzględniają :)

BILET

Szczegóły lotu:
Warszawa - Nowy Jork (12:20-15:45)
Linia lotnicza: LOT
Lecę jeszcze w 8 innymi dziewczynami, więc będziemy chyba najliczniejszą polską grupą na szkoleniu jaka kiedykolwiek była!

8 dni do wylotu!!!

środa, 10 czerwca 2015

Visa approved!

W poniedziałek (08.06) otrzymałam paszport z wizą. Było trochę zamieszania, ale na szczęście w końcu do mnie dotarł. Ale.. wszystko po kolei.

26.05 napisałam ostatniego posta i chwilę po udostępnieniu go dostałam telefon z APiA, że moje dokumenty są w Warszawie i jutro wyślą. Udało mi się otrzymać parę informacji zanim kurier z papierami do mnie dojechał i już we wtorek wypełniłam prawie wszystko. Prawie, bo miałam problem z jednym punktem, a że było już po godzinach pracy to zadzwoniłam dopiero w środę o 10. Dokończyłam wszystko i zapłaciłam. Czytałam na forum, że dziewczyny czekały kilka dni na zaksięgowanie przelewu. Ja miałam już po paru godzinach :) 

Nie wiedziałam co wpisać tutaj:
Na szczęście pomoc innych au pair (nie tylko przy tym, ale i wcześniej) okazała się jak zawsze niezawodna (dzięki Anka i Ewelina!). Numer ten sam się uzupełni, jak wpłata zostanie zaksięgowana przez ambasadę. Wtedy można przejść dalej i pojawia się kalendarz z wolnymi terminami. Mi udało się zapisać jeszcze na 1.06 na 9:30. Wzięłam ostatnie wolne miejsce tego dnia. Zapłaciłam 592zł., także nie najgorzej.

01.06. rano wsiadłam w pociąg do Warszawy. Miałam być po 8:30, ale TLK popsuł się i wysiadłam z pociągu na Dworcu Centralnym o... 9:32! Pobiegałam po Warszawie w koszuli i o 9:45 byłam pod ambasadą. Była już mała kolejka, ale to były osoby na 10:00. Spytałam ochroniarza co mam zrobić jak się spóźniłam. Kazał mi normalnie czekać ze wszystkimi, także nie stresujcie się jak się spóźnicie! Mną się w ogóle nikt nie przejął. Po około 5 minutach weszłam do budynku. Nie można wnieść do ambasady płynów i elektroniki. Płyny trzeba wywalić gdzieś przed budynkiem, a elektronikę wrzuca się do koszyczka. Przeszłam przez bramkę, a torba przejechała przez taśmę i... oczywiście musiało zacząć pikać:
- Ma Pani jakąś elektronikę w torbie?
- Nie. Miałam tylko telefon, ale już oddałam.
- Jest Pani pewna że nie ma żadnej elektroniki?
- Tak, jestem pewna! Nie mam nic!
- Proszę wyjąć tą latarkę co ma pani przy kluczach.

Zapomniałam o niej! Zaczęłam go przepraszać, ale był spoko i się ze mnie śmiał tylko... Oddałam całe klucze w depozyt bo miałam przy nich też elektroniczny klucz do drzwi i wolałam już nie mieć więcej problemów.

Poszłam dalej. Młody chłopak sprawdził czy mam DS-2019, SEVIS, wniosek wizowy i paszport. Następnie czekałam w kolejce, żeby Pani po raz kolejny sprawdziła te dokumenty, dała pieczątkę i numerek. Później z tym numerkiem poszłam posiedzieć i poczekać na pobranie odcisków, a później siedziałam kawałek dalej czekając już (dłużej) na rozmowę z konsulem. Czekając tam usiadłam w pierwszym rzędzie i słyszałam wszystkie rozmowy przeprowadzane przez jedną z Pań konsul. Była to Pani, która chyba lubiła rozmawiać po polsku, bo ze wszystkimi w tym języku przeprowadzała wywiady. Nawet jedna au pair się trafiła i całą rozmowę miała po polsku. Ja trafiłam do młodej dziewczyny, która po polsku nie powiedziała nic poza "dzień dobry" z uroczym amerykańskim akcentem. 

Pytania jakie mi zadała:
- W jakim celu jadę?
- Jak się nazywa rodzina?
- Ile dzieci i coś o nich powiedzieć.
- W jaki sposób z nimi rozmawiałam i czy mamy ciągle kontakt?
- Czy mam doświadczenie w pracy z dziećmi?
- Co robiłam do tej pory? Czym się zajmowałam?
- Dlaczego chcę wyjechać?
- Co chcę robić jak wrócę?
- Czy dostałam broszurę na temat moich praw w US? Czy ją przeczytałam i czy wszystko jest dla mnie jasne? (nie pytała o nic więcej z niej)
- Pogadałyśmy też o miejscowości gdzie jadę, bo okazało się że Pani konsul pochodzi z Alexandrii :)

Dokumenty jakie musiałam pokazać (mimo całej teczki papierów):
- paszport
- DS-2019
- SEVIS
- wniosek wizowy

Siedziałam w ambasadzie prawie dwie godziny! Ale to była taka zła godzina... Jak skończyłam rozmowę, to może z 15 osób tylko jeszcze czekało. Także chyba najlepiej na późniejsze godziny się umawiać. Albo na te najwcześniejsze. 

Chciałam skorzystać z pobytu w Warszawie i trochę pozwiedzać. Trochę połaziłam po okolicy, ale dzieciaków było tyle (w końcu to był Dzień Dziecka), że wróciłam wcześniejszym pociągiem niż zakładałam.

Zamieszanie z kurierem!
2 dni po rozmowie (w środę) dostałam smsa, że w piątek (w czwartek było Boże Ciało) dostane paszport, a kurier wcześniej się skontaktuje. W piątek rano dostałam potwierdzenie że paszport otrzymam. Czekałam do 18 - nikt się nie odezwał. Sprawdziłam stan przesyłki przez Internet, gdzie było napisane, że 2 godziny temu kurier ją zabrał do doręczenia. Zadzwoniłam żeby się upewnić. Okazało się, że kurier już nie pracuje i że dostarczą mi paszport w poniedziałek, bo za daleko mieszkam i się nie wyrobił. Popsuło mi to wszystkie plany! Pani miała załatwić, że w poniedziałek z samego rana otrzymam przesyłkę, ale coś nie ogarnęła, bo jak w poniedziałek zadzwoniłam z przypomnieniem to powiedzieli mi że mieszkam daleko i najwcześniej 12-14:30 mogli by być. Nakrzyczałam na nich że tak się nie robi, bo widzą, że to ważny dokument, a nawet nie zadzwonią z przeprosinami, że zmienią datę dostawy tylko się człowiek musi sam dowiadywać. Udali zaskoczonych i przeprosili.

- Całe załatwienie wizy zajęło mi 14 dni (od momentu rozpoczęcia wypełniania wniosku do otrzymania paszportu), 
- Równo 7 dni po rozmowie kurier przywiózł mi z powrotem mój paszport 
- Od dnia zmatchowania do otrzymania paszportu minęło 23 dni.

AMERYKO NADCHODZĘ!!!!! :)