sobota, 1 kwietnia 2017

Hawaje! Skydiving & rekiny!

Dzień 2. Niedziela, 11.03.2017  
Tego dnia zaplanowałyśmy objazd po północno-wschodniej części wyspy, a dokładniej Kaneohe Bay i okolice. Jadąc tamtejszymi drogami trzymajcie aparat w gotowości - niesamowity krajobraz wyłania się zza każdego zakrętu! 

Pierwszym zaplanowanym miejscem była Kahana Bay Beach Park. Ponoć jedno z obowiązkowych miejsc do zobaczenia na wyspie. Naczytałam się opinii, że jest to tak niesamowite miejsce i... zawiodłam się! Zatoka bardzo ładna, ale szału nie robiła. Ciężko znaleźć miejsce do zaparkowania. Sporym minusem była masa turystów, a do tego grupy obozowe miały tam akurat zajęcia sportowe i dzieciaki latały wszędzie! Naszym planem była kąpiel i krótkie leżakowanie, jednak skończyło się na tym, że Monika na 5 minut poszła popływać, a później poszłyśmy na spacer do końca plaży i wróciłyśmy do samochodu, skąd udałyśmy się do następnego punktu - Crouching Lion Hike!

Koszt: 0$ 

Kahana Bay Beach Park

Najsłodsze dziecko na świecie odnalezione w Kahana Bay! 
Crouching Lion jest szlakiem nielegalnym! Jak dowiedziałyśmy się ostatniego dnia od osoby wynajmującej nam samochód - jest on najbardziej niebezpieczny na Oahu (tak - właśnie Crouching Lion, a nie Stairway to heaven!) i najwięcej ludzi tu zginęło! Dlatego zanim się na niego wybierzecie zastanówcie się, czy kondycja i pogoda (przede wszystkim! Nie może być wietrznie ani deszczowo!) pozwoli Wam na przejście szlaku. Ja się niesamowicie cieszę, że udało nam się zrobić ten hike, chociaż łatwo nie było!
Jako że szlak jest nielegalny to niełatwo go znaleźć. GPS pokazuje zupełnie inne miejsce, gdzie spytałyśmy w jednym z domów jak powinnyśmy iść. Hawajczyk kazał nam wrócić do skrzyżowania, skręcić w prawo, a potem szukać tego gdzieś za zakrętem. No i tak jechałyśmy przejeżdżając wiele zakrętów i nic nie widziałyśmy. Dojechałyśmy do SevenEleven, gdzie po raz kolejny spytałyśmy o drogę. Miałyśmy się wrócić i znowu szukać zakrętu.... Przejechałyśmy kilka małych zakrętów aż dojechałyśmy do trochę większego. Stwierdziłyśmy, że to ten zakręt musi być tym ważnym i zaparkowałyśmy samochód na przydrożnym parkingu. Nasz samochodowy sąsiad właśnie wrócił z tego szlaku, więc spytałyśmy go o drogę. Miałyśmy iść do znaku zakazującego wchodzenia:
Nie zachęca, prawda?
Weszłyśmy i dosłownie na czworaka wspinałyśmy się do góry łapiąc się gałęzi czy wystających korzeni drzew. Ziemia była mokra i śliska. Po około 30 minutach było jeszcze gorzej! Pomyślałam, że coś jest nie tak i może nie skręciłyśmy gdzieś gdzie powinnyśmy, więc po raz kolejny sprawdziłam na youtube. Okazało się że błąd popełniłyśmy już na samym dole! Owe znaki znajdują się w trzech miejscach, a my wchodząc za pierwsze napotkane wybrałyśmy najcięższą wersję dla naprawdę zahartowanych ludzi! Zeszłyśmy więc z powrotem (co również wcale proste nie było!) i udałyśmy się za trzecie napotkane znaki zakazu. Okropnie zmęczone poprzednią wspinaczką, ostatkami sił wchodziłyśmy już dużo lżejszym szlakiem. Wielkie podziękowania dla Moniki, która ciągnęła mnie do góry (nie wiem skąd ona miała tam siłę, żeby dalej iść!). Było warto! Widząc Kahana Bay z góry (o wiele piękniejsza niż z dołu) zapomina się o całym trudzie! Na szczycie spotkałyśmy a'la lokalasów (od ponad 10 lat mieszkają na wyspie), którzy weszli tam w japonkach i częstowali Nas trawką! Uznając, że nie jest to najlepsze miejsce i czas na takie atrakcje, pogawędziliśmy chwilę o Hawajach po czym oni ruszyli dalej, a my miałyśmy cały szczyt tylko dla siebie :)  





Widok na Kahana Bay
Długość szlaku: 4 mile (czyli 6,5km! Taką znalazłam informacje w Internecie, ale to w przypadku pełnego obejścia dookoła. My weszłyśmy i zeszłyśmy tą samą drogą, co mogło mieć około 3-4km)
Ile czasu zaplanować: 2-3 godziny (jak się nie zgubicie! Nam to zajęło spokojnie 3-4 godziny)
Poziom trudności: Trudny lub bardzo trudny (w zależności od wybranej drogi). Na pewno nie nadaje się dla osób o słabej kondycji, dzieci oraz osób z lękiem wysokości.
Koszt: 0$


Po tej kilkugodzinnej wspinaczce chciałyśmy odnaleźć Secret Beach, która miała być przy Kualoa Regional Park. Okazała się ona jednak być tak sekretna, że pomimo godzinnego spaceru brzegiem oceanu (tutaj ja, jako dziewczyna znad morza odzyskałam siły i ciągnęłam Monikę tak daleko jak się tylko dało!) nie udało nam się jej znaleźć. Kualoa Regional Park okazała się oferować przepiękne widoki i... najbardziej oryginalną plażę jaką w życiu widziałam! Oprócz specyficznej linii brzegowej dodatkową atrakcją były wystające rury i kable! 
Kualoa kojarzone jest głównie z Kualoa Ranch & Zipline, które my sobie podarowałyśmy. Jest to typowa pułapka turystyczna, za którą trzeba zapłacić od 45 do 150$ (oczywiście plus tax), a przecież na wyspie jest cała masa darmowych atrakcji :) 

Koszt: 0$

Wyspa po lewej stronie to Mokoli'i, na którą można dopłynąć kajakiem (można je wypożyczyć na innych plażach Kaneohe Bay)

Pod tą górą znajduje się Kualoa Ranch

Tak piękne miejsce, a tak zniszczone... i tylko kilka kroków od jednej z najpopularniejszych atrakcji Oahu



W drodze powrotnej zajechałyśmy do Tropical Farms. Niestety było to o godzinie 17, kiedy farma jest zamykana. Rozłupałyśmy więc kilka orzechów makadamia i pojechałyśmy dalej, do Valley of the Temples. Niestety to już też było zamknięte. Na szczęście w oba miejsca udało nam się wrócić innego dnia. 

Ostatnim punktem było więc obejrzenie zachodu słońca z Mount Tantalus. Można się tam wspiąć o własnych siłach, jednak my z braku czasu (i sił) wybrałyśmy bardziej leniwą wersję i wjechałyśmy tam samochodem. Google maps prawie dobrze nas poprowadził. Skończył jednak po środku niczego, ale patrząc na mapę łatwo się połapać gdzie jechać dalej. Droga cały czas była betonowa, jednak niezwykle kręta. Tutaj po raz drugi w ciągu tego dnia powinnam podziękować Monice. Tym razem za niezwykle sprawne poradzenie sobie z wjechaniem na sam szczyt! 

Widok na Honolulu z Mount Tantalus


Będąc tam, Magda napisała nam, że jej Host Mama jedzie do domu z pizzą dla nas. Czytając to popędziłyśmy do samochodu przed resztą ludzi i czym prędzej wróciłyśmy do domu na obiad!

Koszt: 0$

Dzień 3. Poniedziałek, 12.03.2017  
Pobudka o 5 rano zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych... Niestety o 5:45 musiałyśmy pojawić się w miejscu odbioru na wycieczkę do Pearl Harbor! Rozpoczęła się ona tak wcześnie, ponieważ każdego dnia na 100% wypuszczane są tylko dwie łodzie do Arizona Memorial. Potem mogą anulować. Trafił nam się niesamowity przewodnik - Hawajczyk, z którym trochę porozmawiałam o historii Hawajów oraz Polski. Czekając w kolejce (która mimo 6:30 była już długa!) do wejścia poczęstował nas pączkami Hawajskimi (oryginalnie portugalskimi, ale Hawajczycy przejęli je już jako swoje :D ) - Malasada. Bardzo smaczne! Wyglądały jak polskie, jednak nie były nasiąknięte olejem. O samym Pearl Harbor nie będę pisać, bo pewnie każdy zna historie.

Plamy oleju ciągle wydobywają się z zatopionego pancernika USS Arizona. Krążą pogłoski, że jak wpatrzymy się w nie, to możemy zobaczyć twarze osób, które zginęły na nim 1941 roku. Kwiatki, jakie są w prawym dolnym rogu ludzie rzucali zrywając je z lei (hawajskiego wieńca), aby oddać cześć zmarłym 



Wracając z memorialu warto usiąść na końcu łódki, aby zrobić takie zdjęcie. Niestety był bezwietrzny dzień i flaga nie powiewała...

okręt podwodny USS Bowfin (SS 287)



Pearl Harbor okazało się być dużo mniejsze niż się spodziewałam, jednak zdecydowanie jest to punk obowiązkowy podczas pobytu na Oahu! Po wizycie w bazie NAVY, całą dwunastoosobową wycieczką pojechaliśmy na National Memorial Cemetery of the Pacific oraz pod Iolani Palace (jedyny pałac królewski w USA).

Koszt: 35$ (+ napiwek dla przewodnika) - kupione na Grouponie, firma nazywała się Aloha Hawaii Tours

Drugą połowę dnia postanowiłyśmy spędzić objeżdżając zachodnią stronę wyspy, w którą bardzo mało turystów się wybiera. Bardzo chciałam pojechać do Organic Farm przy miejscowości Makaha, ale okazała się ona być zamknięta w poniedziałki. Zaczęłyśmy więc o dojechania do końca drogi (nie da się objechać Oahu dookoła!), czyli do plaży Yokohama Beach. Poza nami na plaży było może 10 innych osób. Jest tam nawet spory parking, plaża jest piękna, szeroka, piaszczysta. Na całej plaży znajduje się tylko jedna budka ratownika, jednak plaża nie jest za długa, więc pewnie jedna wystarczy. Chwilę się pomoczyłyśmy, poleżałyśmy, ja bezskutecznie próbowałam wypisywać pocztówki i pojechałyśmy dalej.


Robiąc tam zdjęcia nie wiedziałam że trochę łamię prawo. Nie można przechodzić poza wbite chorągiewki, bo jest to niebezpieczne. Ratownik przyjechał na kładzie specjalnie żeby mi to powiedzieć. Jednak sposób w jaki zwrócił mi uwagę był wyjątkowy - czułam się jakby on mnie przepraszał, że w ogóle zwraca mi uwagę! A na koniec spytał czy nie chcemy zdjęcia razem!

Dalej, czyli na Makua Beach (bez szału) i Kaneana Cave. Kaneana Cave znajduje się zaraz przy drodze i ciężko ją przegapić. Sama jaskinia nie zajmie więcej niż 5 minut. My obeszłyśmy ją z każdej strony w środku z latarką w ręku, bo szukałyśmy wejścia na hike... Okazało się to zupełnie bez sensu! Hike rozpoczyna się od ulicy kawałek za jaskinią. Niestety jak my tam byłyśmy to był on okropnie zarośnięty i nawet z pomocą youtube nie wiedziałyśmy jak iść. Szlak jest nielegalny, więc nie chciałyśmy iść w nieznane, szczególnie że zbliżał się zachód słońca. Żałowałam że nie udało nam się zdobyć tego "szczytu". Zdjęcia w google z tego miejsca są świetne, a i sam hike raczej nie należał do najtrudniejszych, ale nie było co ryzykować. Zamiast wspinaczki pojechałyśmy posiedzieć na małej i dość zatłoczonej Makaha Beach. Ze wszystkich trzech plaż, zdecydowanie Yokohama Beach była najlepsza!
W tle Makua Beach i Yokohama Beach

Wejście do Kaneana Cave 
Podczas Kaneana Cave Hike

Koszt: 0$

Dzień 4. Wtorek, 13.03.2017  
Na ten dzień czekałam najbardziej! Największa dawka adrenaliny podczas całego wyjazdu, a może nawet podczas całego życia! O godzinie 6:30 rano miałyśmy wstawić się na łodzi, aby płynąć z rekinami. Trochę się pogubiłyśmy i okazało się że jesteśmy po drugiej stronie portu! Na szczęście jeden z instruktorów akurat tamtędy przejeżdżał, więc podrzucił nas na przyczepie swojego pick up'a! Klatka była już przymocowana i wszyscy (5 pozostałych osób) czekali już tylko na nas. Widoki o poranku na wyspę były niesamowite! Dostaliśmy małe szkolenie o rekinach, instruktorzy zrzucili klatke do wody i weszła pierwsza grupa śmiałków. My byłyśmy w drugiej, więc na początku przyglądałyśmy się jak rzucają mięskiem do wody i jak rekiny zaczynają okrążać naszą łódź. Rekiny jakie widzieliśmy to żarłacz galapagoski, żarłacz brunatny i  żarłacz tygrysi. Czasem podpływały naprawdę blisko, ale nigdy nawet nie próbowały dotknąć klatki (przed wyprawą naoglądałam się filmików jak rekiny zaczynały gryźć klatkę, itp. i po cichu liczyłam na podobne atrakcje!). Robiąc zdjęcia pod wodom dziewczynom tak się wczułam, że zdarzyło mi się wyciągnąć nogę poza klatkę (a mówi wcześniej, żeby kończyn poza klatkę nie pchać!)!!! Na szczęście żaden rekin nie zdążył się nią zainteresować! :) Dziewczyny z kolei stresowały się że upuszczą mój aparat i spadnie na dno oceanu (sama je nastraszyłam wcześniej, żeby uważały) i nie mam za bardzo zdjęć pod wodą z rekinami :( Ale to nic! Bawiłyśmy się świetnie, stanęłyśmy oko w oko z tymi pięknymi stworzeniami i mamy niesamowite wspomnienia!

Nadal śpiąca ja!

Jedyne co nas oddzielało od rekinów!






W drodze powrotnej na ląd wpadliśmy na.... orgie żółwi!Z 20 ich było!
Nasz staff myślał, że to ranny wieloryb, więc podpłynęli na prawdę blisko. Jak bardzo się mylili! :)

Ile czasu zaplanować: Wyprawa trwa 2 godziny (my wybrałyśmy najwcześniejszą godzinę 7-9, bo rekiny są wtedy najbardziej aktywne)
Koszt: 85$ (+ tax i napiwki) - kupione na Grouponie 
Firma: Hawaii Shark Encounters (http://hawaiisharkencounters.com/) - przed wykupieniem ich oferty sprawdziłam w jaki sposób działają, czy nie kaleczą w żaden sposób zwierząt i czy są Eco - są! :) 

O 9 byłyśmy na lądzie, a na 10 miałyśmy zaplanowaną kolejną przygodę - skok ze spadochronem! Dając komplet wypisanych dokumentów poprosiłam o wysokiego skoczka, bo sama jestem wysoka (bałam się że będę skakać z kimś o 1,5 metra i sobie nie poradzi!). Okazało się to niezwykle śmieszną prośbą, ponieważ stałam się na swój sposób "popularna" i gdzie nie poszłam to wszyscy mnie pytali, czy to ja jestem ta od wysokiego skoczka! :) Ale udało się! Skakałam z Brazylijczykiem o imieniu Luciano. Z 190cm na pewno miał, więc widząc że jest sporo wyższy ode mnie uspokoiłam się, bo wiedziałam że sobie poradzi. Później sporo rozmawialiśmy, żartowaliśmy i flirtowaliśmy.... ale wszystko z dystansem :) Zapłaciłam również za dodatkową osobę, która skakała ze mną i zrobiła filmik i zdjęcia. Ostatecznie (bo $$$) zdecydowałam się tylko na zdjęcia. Monika również zdecydowała się skoczyć, ale nie miała szczęścia co do skoczka - trafił się jej niski, takiego samego wzrostu jak ona (a Monika jest niska!), a do tego prawie w ogóle nie rozmawiali! Ja z Luciano nawijaliśmy cały czas i dostałam dodatkowe atrakcje podczas skoku - mase fikołków i kręcenia, co było suuuuper!!!! 
Wyskakiwałam jako pierwszy tandem, ale przede mną skakała dziewczyna, która po raz pierwszy skakała sama. Niestety przez nią my musieliśmy troche zmienić plany i jeszcze więcej się pokręcić. Bardzo późno otworzyła spadochron i do tego od razu zapasowy. Mój skoczek nie wiedział czy to przez przypadek czy specjalnie, ale raczej coś się musiało stać, dlatego nie chciał nigdzie podczas lądowania się z nią spotkać i kręciliśmy się gdzie się da, żeby dać jej więcej czasu na lądowanie. 
Skydiving to coś niesamowitego! Był to mój pierwszy skok (i to od razu z wysokości 4,5 km!), ale na pewno nie ostatni!

Piękny widok!




Gdzie jest góra, a gdzie dół? :) 
Ile czasu zaplanować: Miałyśmy szczęście i nie musiałyśmy czekać długo. Po wypełnieniu dokumentów i obejrzeniu filmu instruktażowego, poczekałyśmy może 30 minut i już był czas wsiadać w samolot. Jednak w zależności od ilości osób i pogody różnie to może trwać. 

Koszt: 250$ (+ napiwki) - skok i zdjęcia ze zniżką studencką. Zapłaciłam za "regular", ale dostałam "ultimate"!
Firma: Pacific Skydiving (https://www.pacificskydivinghonolulu.com/) - skok z Luciano, zdjęcia Kelly. Polecam oboje! :) 

Spadając już z otwartym spadochronem Luciano pokazywał mi z góry gdzie co jest na wyspie. Pokazał mi również plażę z serialu "Lost", na której rozbił się samolot! Plaża okazała się być 2 minuty od miejsca w którym skakaliśmy, więc oczywiście zaraz po skoku wybrałyśmy się na Mokule Beach!


Piękna i pusta plaża - jedynie lokalni i my!
Po plaży przyszedł czas na Hawajskie lody, czyli Shave Ice. Dosłownie jest to zeskrobany lód polany słodkim sokiem/polewą. Można poprosić z gałką tradycyjnego loda pod tym lub samo. Ja polecam z lotem, bo samo to by mi na pewno tak nie smakowało. Najpopularniejsze Shave Ice na Oahu można kupić w lodziarni Matsumoto w Haleiva Town. Od razu zrobiłyśmy sobie spacer po tym uroczym, jednak strasznie turystycznym miasteczku. 
Koszt: około 5-6$ 

Niedaleko Haleiva town znajduje się Waimea Falls Park (nie patrzcie w GPS! Zaprowadzi Was do zupełnie innego miejsca!). Wstęp jest płatny, ale miejsce jest urocze. Jest to spory ogród botaniczny z roślinami z różnych egzotycznych miejsc świata (mi się podobało "na Sri lance") oraz przedstawiający naturalne środowisko Hawajów oraz dawne domostwa Hawajczyków. Na końcu parku znajduje się nieduży wodospad pod którym można wziąć kąpiel. Z naszej trójki tylko Magda miała ochotę jeszcze pójść się pokąpać (w końcu jako jedyna nie skakała ze spadochronem!)


Chcąc wziąć kąpiel w wodospadzie każdy MUSI poprosić ratownika o kamizelkę (za darmo), gdyż w jeziorku jest bardzo głęboko
Ile czasu zaplanować: zależy jak bardzo lubisz rośliny. Godzina to minimum. My spędziłyśmy około dwóch


Koszt: 12$ (studencki, normalny 16$)

Po wizycie w parku zrobiłyśmy objazd po plażach North Shore, ale żadna z nich wielkiego wrażenia nie zrobiła. Zatłoczone i małe... Sunset Beach była chyba najładniejsza i miała crooked palm tree:

Banzai Pipeline będzie robić wrażenie podczas sezonu surferskiego. My się na niego nie załapałyśmy, więc wrażenia to na nas nie zrobiło bo fale były małe i surferów brak...
ZDJĘCIE Z INTERNETU!
Waimea Bay oraz Turtle Beach bez szału. Nawet się na nich nie zatrzymywałyśmy. Z opinii znajomych wiem, że Turtle Bay Resort to typowe plaże przy turystycznych obiektach, bez klimatu i niczego nadzwyczajnego, więc podarowałyśmy sobie tą ponad półgodzinną jazdę (w jedną stronę), żeby to zobaczyć.

Połowa opisywania Hawajskich wakacji już za mną. Ciągle nie mogę uwierzyć, że jeszcze 10 dni temu byłam na wakacjach w tym przepięknym miejscu! :)

A. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz