Dzisiaj mijają równe dwa tygodnie od kiedy postawiłam stopę w tej cudownej, wymarzonej Ameryce. I co?? I nic.... Szału nie ma.... Zero fajerwerków, ekscytacji... 5 lat marzeń i planowania tego wyjazdu, a teraz siedzę i myślę, że lepiej mi było na Teneryfie i ze chętnie to tam właśnie bym wróciła. Albo do Polski (tak, do tej złej, okropnej Polski, z której wszyscy chcą uciec i której tak wiele osób nienawidzi). Ale od początku.
Wyjazd rozpoczął się szkoleniem, o którym pisałam w poprzednim poście. Zobaczyłam Nowy Jork i było super. W czwartek o 17 wsiadłam w pociąg do Waszyngtonu, w którym byłam o 22. Jechałyśmy dość sporą grupą osób, w tym we trzy Polki. Był to pierwszy moment kiedy na prawdę zaczęłam się denerwować. Jacy oni będą? Czy mnie polubią? Czy ja polubię ich? O czym na początku rozmawiać, żeby nie było niezręcznej ciszy? Jak się przywitać? A co jeśli kłamali i wcale nie są tacy jak pisali?
Waszyngton. Czas wysiadać.
Idziemy my - zestresowane au-pairki.
Czekają oni - zestresowane rodziny. Czasem całe, a czasem z powodu późnej pory, tylko przedstawiciel.
Na mnie czekała cała rodzina. Przytulas z Hostką, przytulas z Hostem, piątka z Młodym, który dał mi rysunek na przywitanie i poszliśmy do samochodu. W między czasie cały czas gadałam (w końcu tyle tematów zapisałam sobie w głowie podczas podróży) co chyba nawet dla nich było dziwne. Pojechaliśmy trochę dłuższą drogą, żeby pokazać mi DC nocą. Piękne, a do tego takie puste miasto... prawie zerowy ruch był tej nocy.
Dojechaliśmy do domu. Mojego Nowego Domu. Pokazali mi mój pokój, Hostka dała mi parę kosmetyków, prysznic i spać, bo następnego dnia musiałam wstać o 7 (bo po co wyspać się po szkoleniu i przestawić na nowy czas)! Rano Hostka pokazywała mi codzienny poranny rytuał i zawieźliśmy go do szkoły. Później Hostka pracowała a ja od 9:30 do 15:30 miałam wolne. Pojechałyśmy po Młodego i do około 19 bawiłam się z nim. Hości zamówili pizze, obejrzeliśmy film i tyle. W między czasie pokazali mi wszystko. Osługę każdego urządzenia w domu, zasady, co gdzie jak robić, w jaki sposób co podawać.... Po filmie poszłam do pokoju, gdzie ryczałam w poduche i pytałam sama siebie, po co mi to było. Nie pamiętałam nic co mi mówili. Jak co działa, jakie śniadania mam robić Młodemu, gdzie co jest w domu.... Byłam przerażona.
Na dobitkę w sobotę pojechałam z Hostką otworzyć konto w banku (co by więcej do zapamiętania było) i na zakupy spożywcze (jakoś głupio było mi cokolwiek włożyć do koszyka). Wróciliśmy do domu, pobawiłam się z Młodym i pojechaliśmy na obiad do restauracji, a później do kina. Jak wróciłam do pokoju leżałam w łóżku i ryczałam. Nie wiedziałam co zrobić żeby wrócić...
W niedziele w sumie nic się nie działo. Poszłam na długi spacer po okolicy, a później Hostka wzięła mnie na parking, żebym spróbowała poprowadzić "ciężarówkę", bo nigdy wcześniej nie jeździłam automatem. Oczywiście poszło mi tragicznie i stwierdziła, że może lepiej na razie pojeżdżę mniejszym samochodem. Tak więc wróciliśmy i pojechałam z Hostem do centrum handlowego, po czym jak mieliśmy wracać to dał mi kluczyki i powiedział, że ja wracam. Zrobił to z poważną miną, więc raczej nie miałam co dyskutować i mówić że nie czuję się pewnie. Powiedział mi co gdzie jest i wróciłam do domu. Uznał że spoko jeżdżę i że na najbliższy tydzień zamienimy się samochodami. On weźmie większy, a ja będę jeździć mniejszym, bo widocznie czuję się w nim wygodniej. Wiedziałam, że następnego dnia mam już normalnie pracować, jeździć samochodem, itd. W nocy znowu ryczałam w poduche i zastanawiałam się co następnego dnia rozwalę, bo przecież nie pamiętam nic z rzeczy które mi co chwila ktoś mówił. Miałam tylko nadzieje, ze nie będzie to samochód, a coś mniej wartościowego.
Poniedziałek - piątek -> normalna praca, wg podanego rozkładu. Chyba środa była pierwszym dniem, kiedy nie uroniłam ani jednej łzy. Sukces!
Sobota -> świętowaliśmy urodziny Młodego, ale z rana Hostka wzięła mnie do polskiego sklepu, który jest ok. 20 minut ode mnie, bo stwierdziła, że tak mało jem bo mi ich jedzenie nie smakuje i mam sobie coś kupić!
| Tort urodzinowy Młodego! |
Niedziela -> dwóch kolegów Młodego miało urodziny, więc pojechałam na impreze. Nie miałam tam pracować, a poznać się z inną Polką, która jest au pair właśnie tych dwóch solenizantów.
Poniedziałek, 05.10 -> Dzień byłby całkiem sympatyczny, gdyby nie:
- niespodzianka z rana, że mam jeździć już dużym samochodem, bo Host chce swój z powrotem;
- atak Młodego, który jak pojechałam odebrać go ze szkoły to zaczął mnie bić, bo chciał iść na plac zabaw, a nie mógł, bo miał inne obowiązki. Musiałam zatrzymać samochód i poczekać aż się uspokoi, bo odpiął pasy i w ogóle chciał z samochodu wychodzić. 10 minut później w domu przytulał się i mówił że mnie kocha i w ogóle było znowu spoko. Czasem ma takie napady. Ktoś ma jakieś rady co z tym można zrobić?
Zrobiłam na obiad (nie musiałam, tylko chciałam) gołąbki w sosie pomidorowym z ziemniaczkami. Smakowało im :)
Kontakt z Host Rodziną
Hości są super! Chociaż kilka rzeczy nie zgadza się z tym co ustaliliśmy (np. to że przez 10 dni miała być poprzednia aupairka jak przyjadę, a wyjechała tydzień przed moim przyjazdem. Więc nie było wprowadzenia, tylko od razu rzut na głęboką wodę). Ale generalnie są cudowni. Martwią się o mnie, dają dobre warunki, nazywają mnie członkiem rodziny, mają do mnie szacunek, którego tez oczekują od Młodego. Jak tylko powie coś lekko obraźliwego do mnie to bardzo za to obrywa - kara na iPad, najgorsza z możliwych. Także Hostom raczej nie mam nic do zarzucenia. Jak potrzebuje pomocy to zawsze pomagają i doradzają. Często pytają się jak coś wygląda w Polsce, jak powiedzieć coś po polsku. Interesują się moją kulturą, tak jak ja ich, co jest bardzo miłe :)
Host dziecko
na szkoleniu nasłuchałam się, że z tylko jednym dzieckiem to to będą wakacje a nie praca. Nie zgadzam się z tym! Jest sam, więc ciągle muszę z nim być. Nie ma że pobawi się z kimś innym, z bratem, z siostrą... Ale to jest spoko. W końcu to jest moja praca. Nie wiem tylko co mam zrobić z jego napadami... Czasem mogą być dosyć niebezpieczne nie tylko dla mnie, ale też dla niego.
Podróże
Nic nie widziałam, nigdzie nie byłam, bo cały zeszły tydzień lało, wiało i było ziiiimno (huragan). W ten tydzień będę mieć dużo pracy, ale w piątek wieczorem i w sobotę rano planuję zwiedzić Stare Miasto i port, a w niedziele chcę jechać do DC. Mam nadzieję, że wszystko wypali :)
Było źle. Byłam sama. Chciałam wracać... Ale już jest lepiej. Za niedługo pójdę na uczelnię, poznam ludzi, będę planować wycieczki i czas zacznie lecieć szybko. Dam radę. Muszę!
A.
Hej mała jasne że dasz radę! Poczatki są cięzkie! Ja w poduche nie ryczałam ale sama pytałam sie siebie co ja najlepszego zrobiłam. A teraz co nie wyobrażam sobie wracać. Rodzina i moja praca doprowadza mnie do szału. Ale podróże i cudowni ludzie to wynagradzają! I ty takich poznasz tylko daj sobie czas, oczywiście że będzie lepiej!!!
OdpowiedzUsuńŚciskam mała :*
Dzięki! Mam nadzieję, że tak będzie i niedługo odbędę pare ciekawych podróży :)
UsuńPoczątki zawsze są trudne, wiec głowa do góry! Będzie lepiej ;) 3maj sie :*
OdpowiedzUsuńwww.myimmemorialdream.blogspot.com
Daj sobie troszkę czasu. Poznasz znajomych, weekend spędzicie na jakimś tripie i będzie ok z każdym dniem ;) Miej zawsze plany na day off'y i mądrzej dysponuj ka$ą. Polecam Excela, zapisuje w nim wydatki i kontroluję własny budżet :P
OdpowiedzUsuńMojej małej też czasami zdarzają się napady złości. Podobnie, jak u Ciebie. Co robić? Młodego/gniewnego postaraj się uspokoić, ale nie pozwól żeby było tak, jak on chce. I przede wszystkim musisz być spokojna i przeczekać napady gniewu. Kiedyś zdarzyło mi się "walczyć" 30 min bo tyle trzeba było czekać na kapitulację. Stanowczość, wytrwałość i cierpliwość :)
Z własnej autopsji potwierdzam, że trafiłaś na super rodzinkę. Podejście hostów, rewelacja! Chłopaka po jakimś czasie pewnie pokochasz na swój sposób. Powodzenia!
Dzięki za rady! Od razu lepiej jak wiem, że nie tylko ja mam taki problem :) Pracuję nad nim, mam wsparcie Hostów, więc wierzę, że będzie z każdym dniem lepiej (w sumie już jest) :)
UsuńCo do wydatków, to z tym nigdy nie miałam problemów i nadal nie mam. Nie wpadłam w szał zakupów jak większość au pair (wolę pieniądze zostawić na podróże) i mam nadzieję że nigdy nie wpadne :D
Początki są najgorsze! Też pierwsze kilka dni płakałam do poduszki, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie nowy tytuł posta będzie brzmiał - JEST OKAY, a za miesiąc czy dwa - JEST FANTASTYCZNIE! :)
OdpowiedzUsuńWszystko jest na dobrej drodze, więc być może tak będzie :)
UsuńDziewczyny maja racje, poczatki sa trudne.. :( Co prawda ja zaczelam plakac jakos po 2 tygodniach.. Bylam wrecz zalamana. Myslalam jak ja zdolam wytrzymac jeszcze te kilka tygodni zeby zarobic na bilet.. hahha, bylam pod tym wzgledem straszna.. Moja siostra sie ze mnie smiala, ale mi nie bylo wcale do smiechu..
OdpowiedzUsuńZ tego co piszesz Twoja rodzinka wydaje sie byc w porzadku. :)
(Wlasnie przed chwila dodalam o tym krotki post) - Mianowicie bylam w Polsce na tydzien czasu, po prawie 3 miesiacach w USA. :) Teraz czuje sie lepiej, ale po wizycie w domu znow uderzylo mnie tu domu host rodziny wszystko co jest inne..
W koncu wiadomo nie jestesmy u siebie.. jedzenie jest inne.. to zupelnie inny swiat..
Ale przyjechalysmy tu w konkretnym celu. :) Zwiedzanie. :D
A i przypomnialo mi sie.. napisalas, ze z jednym dzieckiem jest rownie duzo pracy jak z kilkoma.. zgadzam sie w 100% , tez mam tylko jedno, ale dziewczynke, ale uwazam dokladnie tak samo. Godziny pracy sa takie same i jak jest jedno dziecko to czesto tez jest rozpieszczone..
Powodzenia! Czekam na kolejny, bardziej pozytywny post. :)
Zaraz zabieram się za czytanie Twojego posta! Dokładnie... jesteśmy członkiem rodziny, ale jednak to nie jest nasz dom. Nie zrobimy domówki pod nieobecność rodziców, dziwnie jest wracać po 22 do domu i jakby nie patrzeć, oni płacą nam za prace... Ale damy radę, bo jak napisałaś - mamy cel :)
UsuńAmelia !!! Jestes blisko mnie, co się nie odzywasz? My Polki co tydzień cos razem robimy, nie mamy czasu na mazgajenie się!!! :D pisz tu do mnie szybko!
OdpowiedzUsuńNapisane na fb :D
UsuńWszystko będzie super, zobaczysz!!
OdpowiedzUsuńA jak Ci coś mówią i boisz się, że nie będziesz pamiętać, poproś ich żeby Ci napisali na kartce, w mailu, w zeszycie, gdziekolwiek! Wiadomo, że czasami chce się, ale język i wszystko nie pomaga, więc na pewno to zrozumieją!
:)
A co do napadów... ja bym spróbowała liczenie do 10 i oddychanie. Mojemu dziecku to pomaga. Ale brawo za zatrzymanie samochodu i poczekanie, aż się uspokoi! :) Czasem chyba przeczekanie jest jedyną rzeczą, która działa w takich wypadkach.
Powodzenia!
No i piękne imię masz, tak przy okazji!
haha :D Dzięki! Właśnie już sobie sama zapisuje czasami, żeby o niczym nie zapomnieć :D Dzięki za pomysł z liczeniem. Wykorzystam następnym razem!
UsuńCzytanie tego posta to tak samo jakbym widziala siebie przez pierwsze 2 tygodnie! Czulam sie identycznie. Jestem tu miesiac (wiem wow :D) i jest lepiej. Mieszkasz w okolicach DC? Ja mam ok 30 minut metrem tam :) Pozdrawiam x
OdpowiedzUsuń