Alicante
Czy jak kto woli Alacant (nazwa miejscowości oznacza źródło światła/ miasto światła. Zależy z którego przekształcenia na przestrzeni wieków tłumaczyć), jest stolicą prowincji (jednej z trzech) o tej samej nazwie we wspólnocie autonomicznej- Walencja. Miasto nieduże (pow. ok. 200 km², czyli podobnie jak Świnoujście) i nie za bardzo zaludnione (ponad 330 tys. mieszkańców, czyli podobnie do Lublina), a mimo to o wiele bardziej popularne od wspomnianych polskich miast. Wszystko to za sprawą położenia- przy wybrzeżu Costa Blanca, która jest powodem przyjazdu tysięcy turystów z całego świata (chociaż często nie jest to ich miejsce docelowe, a tylko przystanek podczas rejsu, czy tzw. objazdówki).
Mi od razu rzuciły się tam w oczy panie... dość swobodnie czujące się bez ciuchów (brak ciuchów oznacza też brak strojów kąpielowych ^_^) Oczywiście jest tam to legalne, itd., ale... dziwne to troche :D Raz przyłapałam Pana, który lażał na ręczniku i ukradkiem robił zdjęcia jednej nie odzianej Pani. Dodatkowo zauważyłam tylko pare dzieci, ale nie wiem czy jest to tam normalne, czy było to spowodowane tym, że byłam tam we wrześniu i te starsze musiały już chodzić do szkoły.
Jeśli wierzyć Wikipedii, to pobliska plaża San Juan de Alicante jest uważana za ulubioną plażę mieszkańców Madrytu.
Zaraz przy plaży znajduje się wejście do windy, zainstalowanej w szybie wykutym w skale (ponad 200 m), którą można wjechać (odpłatnie) na zamek Santa Barbara znajdujący się na wzgórzu. Nie pamiętam dokładnie ile euro należało zapłacić za wjazd (ale nie było to mało...), gdyż my weszliśmy o własnych siłach i osobiście polecam ten właśnie sposób zaliczenia atrakcji. Podejście jest łagodne i nie zajmuje dużo czasu. Zjazd z poziomu 2 (czyli z samego szczytu) również jest odpłatny, ale z poziomu pierwszego jest już darmowy. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ponieważ poziom 2 od poziomu 1 oddziela 10 minutowy spacer (czas podany uwzględnia sesje zdjęciową z panoramą Alicante) po łagodnym zejściu. Tak więc logiki w tym brak :D W zamku znajduje się parę sal do których warto wejść i zobaczyć wystawy. Mi niestety nie udało się wejść do "Szpitala", bo Pani za 5 minut miała sjeste i nie miała ochoty już nikogo wpuścić.
![]() |
| Punkt obowiązkowy! Ze szczytu rozciąga się przepiękna panorama. Fot. źródło własne |
Ayuntamiento- czyli ratusz. Barokowy. Zbudowany na fundamentach starego. Ukończony pod koniec XVII wieku. Znajduje się w nim odpowiednik polskiej białej sali (udzielanie ślubów), tylko że tutaj sala ta nie nazywa się białą, tylko... błękitną. Z tyłu ratusza znajduje się przeszklenie, przez które można zobaczyć resztki murów, które niegdyś broniły Alicante.
| Fot. źródło własne |
Podobno na uwagę zasługuje też Muzeum Szopek Betlejemskich (Museu de Betlems), w którym podziwiać można szopki z całego świata z różnych epok. Znajduje się ono przy Calle Mayor, a dokładniej zaraz przy Plaza de S Faz.
Casa de les Bruixes- czyli dom czarownic. Kapryśna, biała budowla reprezentująca powstającą od początku XX wieku nową dzielnicę oraz jej secesyjny styl. Aktualnie mieści się w niej rząd prowincji. Znajduje się przy złączeniu Calle de Rafael Terol z Calle de San Fernando.
Kościół Santa Maria- z XIV wieku. Znajduje się w starej dzielnicy. Najstarszy kościół w Alicante. Styl gotycki, jednak fasada jest barokowa (XVIII wiek) +fragmenty z XIV wieku.Podobno ładny w środku- niestety dla mnie było zamknięte :( Ale z zewnątrz szału nie robi... Z tym kościołem wiąże się pewna ciekawostka, ale o tym będzie niżej :)
Contcatedral de San Nicolas de Bari- było tam pełno kartek zakazujących robienie zdjęć (w sumie nie wiem czemu... ale trzeba uszanować :) ). Dawniej meczet. W sumie Kościół dość dziwny, bo był pomazany z zewnątrz (coś a'la graffiti? Jakieś różne napisy... w sumie nie wiem co oznaczały).
Explanada de Espana- urokliwa promenada wzdłuż morza (portu) otoczona palmami :) Bardzo ładne miejsce :) Budki po prawej stronie zostały postawione, ponieważ wcześniej każdy ze sprzedających miał swoją własną budkę= każda była inna i nie każdy o swoje dbał= nie był to fajny pierwszy widok dla turystów którzy dopiero co przybili do portu.
![]() |
| Fot. źródło własne |
Mercado- nie wiem jak opisać gdzie jest. Centrum, między 2 stacjami tramwaju L2. Można tam kupić wszystko do jedzenia! Ceny- przystępne, a wszystko jest bardzo świeże! Owoce, Mięso, Sery, Ryby, krewetki, Ośmiornice..... Na miejscu panowie pokroją jak pasuje, zapakują i w ogóle co potrzeba to załatwią.
![]() |
| Fot. źródło własne |
Oprócz tych kilku wspomnianych atrakcji Alicante nie ma chyba już nic do zaoferowania. Zdecydowanie fajna miejscowość, do zobaczenia w 2-3 dni. Ciesze się, że byłam i zobaczyłam, ale miasto to nie trafia na listę miejsc, do których chciałabym wrócić za parę lat. Polecam jak ktoś się nastawia na dużo leżenia na plaży :)
Ciekawostki:
- ulica przy której znajduje się najwięcej sklepów z ciuchami (i nie tylko) nazywana jest potocznie ulicą głupków (La Calle de tontos), bo... ludzie jak te głupki chodzą w tę i z powrotem;
- jest bardzo mało nowych inwestycji publicznych, bo podobno jak się coś postawi to niewychowana młodzież zaraz to dewastuje (heh... brzmi znajomo);
- Podobno znajduje się tutaj outlet Zary i innych popularnych sklepów, gdzie warto się wybrać na większe zakupy. Finansowo nie szykowałam się na kupowanie ciuchów, więc tę 'atrakcję' sobie podarowałam.
- Nie wiem kiedy, ani jak się nazywa... ale odbywa się tutaj taka impreza, kiedy to paru silnych, dorosłych mężczyzn (coś w przedziale 8-12 sztuk) bierze na swoje barki 4- tonowy krzyż i schodzi z nim z Kościoła Santa Maria (bo ten znajduje się dosyć wysoko i trzeba przejść przez miliony niskich szerokich stopni) do Katedry Świętego Mikołaja. Generalnie nikt oczywiście nie wierzy że krzyż waży 4 tony, ale pewnie i tak jest ciężki.
- W Alicante dużo cudzoziemców emerytów (np. Holendrów) kupuje domy/ mieszkania i pomieszkuje tutaj od października do kwietnia/ maja. Dlaczego?? Bo w lato jest im tutaj za ciepło, a w zime za zimno u nich (przykładowo w Holandii). Tak więc jak się zrobi im zimno w domu nr 1 to wyjeżdżają do domu nr 2, a jak w drugim robi się za ciepło to znowu wracają do pierwszego.
- W mieście na tramwaj trzeba zejść pod ziemie. Że niby a'la metro mają :D Ale poza centrum już normalnie są przystanki (przynajmniej tam gdzie ja jeździłam).
Koszt biletu z przystanku "Universitat" do centrum-> 1,45 euro (można kupić w tramwaju, a w centrum w maszynie przed bramkami). Biletu się nie wyrzuca, bo jest potrzebny, żeby wyjść.
Tramwaje ładne, nowe, czyste. Kontroli biletu nie miałam okazji przejść.
To tyle z samego Alicante. Co do spraw bardziej organizacyjnych- mieszkaliśmy w akademiku Uniwersytetu Alicante, który to (uniwersytet) nie znajduje się w Alicante, tylko w Sant Vicent, które znajduje się jakieś dobre pół godziny jazdy tramwajem do centrum Alicante.Znajduje się tam cały kampus uniwersytecki i wygląda PRZEPIĘKNIE! Dużo zieleni, nowe budynki, a i sam akademik to jakiś taki luksusowy troche :D No dobra... luksusowy porównując do Polskich. Ładnie, elegancko, klimatyzacja, lodówka, łazienka czysta. Tylko wifi ciężko było łapać... no ale w końcu nie po to tam pojechałam :)
![]() |
| Tak- to łóżko, które od pierwszej minuty było już zagracone- to moje :D Fot. źródło własne |
Dodatkowo byliśmy w La Nucia i Biar na koncertach. Miejscowości bardzo ładne, ale byłam w nich tylko z grupą przy okazji koncertów, które tam mieliśmy. Nie było specjalnie czasu na chodzenie po nich. W domu kultury w La Nucia sala koncertowa może mieć podniesione zasłony i wtedy podczas występu występuje się na tle niesamowitego krajobrazu.









