sobota, 9 listopada 2013

Hiszpania- część 3-> Tarragona

Tarragona 

Pierwsze miasto na wrześniowej trasie leżące już w Katalonii, a nie jak wszystkie wcześniejsze w Walencji. Mimo, iż Tarragonę zamieszkuje tylko 128 tys. mieszkańców (czyli minimalnie więcej niż Polski Gorzów Wielkopolski), to jest ona miastem znanym i licznie odwiedzanym przez turystów. Dla mnie dodatkowo kojarzy się z... egzaminem na pilota, ponieważ za każdym razem (czyli aż dwa razy :D ) musiałam wyznaczyć i obliczyć trasę do Tarragony. Za pierwszym razem z Lidzbarka Warmińskiego, a za drugim z Pleszewa, ale o tym dokładniej w tym poście :)

To z czego jest znana to:

- zabytki z okresu rzymskiego (dzięki którym jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO) takie jak pozostałości amfiteatru, cyrku dla rydwanów czy murów miejskich;
- katedra z XII- XIII wieku, łącząca w sobie romańskie i gotyckie elementy architektoniczne;
- Rambla Nova z Placa de la Imperial Tarraco (z zielonym placem z fontannami) na jednym końcu i Placa de la Font (przy morzu) na drugim. A gdzieś po środku jest rzeźba casteller, czyli wieży z ludzi (o tym w następnej notce). Zaraz przy casteller jest zejście do podziemnego parkingu gdzie jest kibelek (może komuś się przyda :D )
- znajdujący się tak na prawdę na obrzeżach miasta akwedukt rzymski, nazywany 'Diabelskim mostem'.
Dzięki temu, że Tarragona jest miastem raczej małym (64 km², czyli dla porównania- tyle samo co Żary) oraz że Szymon spędził już tutaj wcześniej pare dni, to bez problemu "zaliczyliśmy" większość atrakcji bardzo szybko.

Ale po kolei. Nasza wycieczka rozpoczęła się przy Placa de la Imperial Tarraco i przeszliśmy się po tarragońskiej Rambli na której można było kupić: oliwki, słodycze, orzechy, sery, inne jedzenie, zabawki, przejechać się na karuzeli ze słomianych kucyków, itd. Pełzliśmy w żółwim tempie między ogromem turystów mijając rzeźbe Casteller (gdzie przez zbyt dużą ilość ludzi nie dało się nawet ładnie zdjęcia zrobić :( ) dochodząc do Placa de la Font, gdzie naszym oczom ukazała się niesamowita panorama! W sumie widok podobny jak te w Alicante, czy Peniscoli, ale i tak zachwycił :)


Rambla Nova. Fot. źródło własne

Widok z Placa de la Font; Izba Handlu i przemysłu.; 
Placa de la Font; Światła- Odmierzacz ile zostało do zmiany światła 
(! od razu po 0 samochody zaczynają jechać !), i... ludzik który chodził! :D
Fot. źródło własne

Po mini sesji zdjęciowej poszliśmy dalej Passeig de les Palmeres, później Rambla Vella i chcieliśmy wejść do Rzymskiego cyrku, ale... Pani biletowa powiedziała, że ona sobie chce iść za 10 minut i już nas nie wpuści, "bo nie" (to nie była przerwa na sieste!). Pani straciła w sumie spory zarobek, a my niepocieszeni ruszyliśmy dalej wąskimi uliczkami aż doszliśmy do Katedry Św. Marii (Catedral de Santa Maria de Tarragona) przy której oczywiście znowu natknęliśmy się na "paru" turystów.

Turyści przed katedrą; amfiteatr; katedra w tle. Fot. źródło własne
Katedra; widok na amfiteatr i mały park obok niego; Tablica z rozkładem godzin 
(lewa strona: godziny mszy- dni pracujące 9:30 i 11:30, soboty i "vigilies" 19:30, 
niedziele 9:30, 11, 12:30; prawa- kiedy turyści mogą zwiedzać: od 17.03- do 4.11 -> godz. 10-19; 
od 4.11 do 17.03-> godz. 10-14, a w soboty 10-19. + prośba o nie zwiedzanie podczas mszy)
Fot. źródło własne
Zaczynał się odzywać pierwszy głód, więc zaczęliśmy się kierować w stronę Rambla Nova, żeby tam każdy sobie wybrał co mu odpowiada. Zahaczyliśmy jeszcze o amfiteatr (a raczej jego pozostałości). Niestety i tu nie dane nam było wejść:/ Ale akurat dużo nie straciliśmy, bo schodząc schodami  (duuużo ich tam było...) na Carrer Escales del Miracle doskonale widać cały amfiteatr, bo ogrodzenie składa się z metalowych, dosyć szeroko rozłożonych prętów, które nie przeszkadzały w oglądaniu, czy robieniu zdjęć :)
Fot. źródło własne
Niestety gdy już byliśmy na dole okazało się, że tędy do Rambla Nova nie dojdziemy...
Opcja A- dojść na samą górę po milionie starych, źle wyprofilowanych schodach;
Opcja B- podejść kawałek po schodach, następnie przejść się uroczym, malutkim parkiem i wjechać windą.
Oczywiście wygrała opcja B.
Ale jak już doszliśmy do windy to nie chciało mi się czekać na moją kolej i poszłam schodami w restauracji w parku. A te większe lenie czekały na windę :D

Potem każdy rozszedł się w swoją stronę i poszedł na obiad gdzie chciał. Ja, Enci i Asia poszłyśmy na bardzo "hiszpańskie" jedzenie do... Maca (jest na Rambla Nova). Jedzenie zamówiłam po hiszpańsku (Pani się trochę ze mnie pośmiała, ale dogadałam się :D ), więc jakiś element hiszpański był. Wzięłyśmy na wynos i zjedliśmy razem z Adamem na kocyku na Placa de la Imperial Tarraco :)
Fot. źródło własne
Po sytym obiedzie była jeszcze chwila na siestę, szukanie się z Enci po Rambli i oglądanie zawodów kolarskich, które akurat się tam odbywały.
Później pojechaliśmy zobaczyć rzymski akwedukt, który jest pośrodku lasu pod Tarragoną. Idzie się, idzie, idzie.... aż tu nagle, nie wiadomo skąd takie wielkie (wysokie na 27 m i długie na 249 m) coś wyrasta. Można wdrapać się na górę i przejść po całym akwedukcie. I pomyśleć, że tamtędy kiedyś woda płynęła do miasta... ;) Wejście nie jest strome, ale bardzo łagodne też nie, więc lepiej ubrać buty, które dobrze trzymają się nogi. Ja poszłam w japonkach, które co chwila mi się przesuwały, ześlizgiwały, itd. więc dobrze, że żadnego nie zgubiłam gdzieś po drodze :D
Fot. źródło własne

A.

niedziela, 20 października 2013

Hiszpania- część 2-> Valencia + Peniscola

Valencia 

(pl. Walencja)- jest trzecim (po Madrycie i Barcelonie) pod względem ludności miastem Hiszpanii (porównując do Polski- ma trochę więcej mieszkańców niż Kraków i prawie o połowę mniej niż Warszawa). Z kolei jak chodzi o powierzchnię, to miasto jest mniejsze niż Lublin (134 km2, Lublin- 147 km2)! Początki miasta sięgają aż 138 r. p.n.e.! Oczywiście ciągle było ono burzone, odbudowywane- burzone- odbudowywane.... i tak w kółko... Jest stolicą wspólnoty autonomicznej o tej samej nazwie.
Miasto Walencja posiada liczne zakłady przemysłowe, jest ważnym ośrodkiem kulturalno- naukowym oraz komunikacyjnym: duże porty pasażerskie oraz handlowe, ważne węzły kolejowe, drogowe i lotnicze.

Zwiedzanie miasta jest bardzo proste- prawie wszystko znajduje się bardzo blisko siebie.
My mieliśmy na zwiedzenie centrum... jakieś 3 (może 4?) godziny...

Pan kierowca "wyrzucił" Nas przy Ratuszu (i stamtąd też miał Nas odebrać), skąd od razu poszliśmy do Katedry. Na początku szliśmy powooooli grupą i ciężko było się zorganizować i trzymać jakieś fajne tempo. Kościół jak kościół... ładny był, ale jakiegoś super wrażenia na mnie nie zrobił. Dlatego też razem z M. podarowałyśmy sobie godzinne (!) zwiedzanie wnętrza Katedry (płatne, chyba 10 euro. Dostaje się słuchawki i samemu się chodzi we własnym tempie. Osoby które weszły były raczej zadowolone). Budowana była od 1262 roku i wielokrotnie była modernizowana. Z tego powodu w teoretycznie gotyckiej budowli można zauważyć nie tylko elementy, ale także całe większe części w innych stylach. Znajduje się ona w miejscu, w którym wcześniej swoje świątynie budowali Rzymianie, Wizygoci i Maurowie. Każdy z trzech portali prezentuje inny styl:
- Porta del Palau (portal pałacowy)- styl romański
- Porta dels Ferros (portal żelazny)- styl barokowy
- Porta dels Apostles (portal Apostołów)- styl gotycki
Ja osobiście nie widziałam, ale wg książkowego przewodnika właśnie przed tym ostatnim z portali (Apostołów) "w każdy czwartek w południe wciąż zbiera się sąd wodny ustanowiony przez kalifa al- Hakama w 960 roku, a po rekonkwiście zatwierdzony w niezmienionej formie przez królów chrześcijańskich. Sędziowie- w tradycyjnych czarnych ubiorach- rozstrzygają spory i ustalają zasady użytkowania wody do nawadniania pól. Wybierani są spośród rolników korzystających z kanałów i od tysiąca lat od ich ustnych wyroków (nie prowadzi się żadnej pisemnej dokumentacji) nie ma odwołania." <przewodnik Hiszpania MasterCard, wyd. Pascal>
Częścią katedry jest również ośmioboczna dzwonnica (btw. symbol miasta:D) o wysokości 51 metrów (207 schodów). jest to tzw. "Michałek", a w oryginale- Micalet.
Jak już się zdecydujemy wydać te 10 euro, to co zobaczymy?? Otóż: płótna Goi, rzeźbę Alonsa Cano oraz największą atrakcję, którą przywiózł tutaj podobno sam Święty Wawrzyniec- Świętego Graala, czyli kielich z Ostatniej Wieczerzy (bilet kupuje się już w środku dlatego można do niego wejść. Płaci się za jego zwiedzanie, a nie zobaczenie- z daleka- wnętrza)

Zdjęcie po lewej- prezentuje część z portalem żelaznym- barokowym; 
u góry- widoczny jest symbol miasta- ośmioboczna wieża; na dole- jedna z ulic Walencji. 
Fot. źródło własne
Następnie idąc w stronę rzeki minęłyśmy Basilica Mare de Deu dels Desemparats (matki Boskiej Opuszczonych?)- barokowy kościół sąsiadujący z katedrą, która stoi na dawnym rzymskim forum. Z tym Kościołem wiąże się pare opowieści, jednak występują w nich osoby których życie trzeba by długo opisywać, więc sobie podaruje :)
Kościół ten znajduje się przy Plaza de la Virgen, gdzie razem z M. podczas sesji przy fontannie z figurami gołych ludzi (nie wiem co autor miał na myśli...) pare młodą podczas sesji ślubnej! Z jednej strony miejsce to faktycznie jest wyjątkowe i sesja w takim miejscu to coś niesamowitego, ale z drugiej strony ilość ludzi jaka tam chodzi raczej nie pozwoliła na żadne zdjęcie bez turystów w tle :(
Strona lewa: góra- Plaza de los Fueros. Po prawej barokowy kościół, a w oddali widać fontanne z golasami :D; dół- katedra
Strona prawa: góra- sesja pary młodej na tle Katedry; dół- bliskość Katedry i kościoła barokowego (+ para młoda^^)
Fot. źródło własne

Dalej poszłyśmy już nad rzekę (Turia), dokładniej na Plaza de los Fueros, przy którym znajduje się Torres de Serrans- dwie wieże i brama z dawnych czasów. Jest to jedna z 12 bram strzegących dawnej Walencji. Bardzo dobrze zachowana. Wygląda jakby dopiero co ktoś ją wybudował! Można po niej chodzić. Czy wejście jest płatne- nie wiem (niestety brak czasu na sprawdzenie), ale myślę, że warto ponieważ z góry jest świetny widok na okolice rzeki, parki, ale również na centrum miasta.
Torres de Serrans. Fot. źródło własne
Dalej poszłyśmy(wracałyśmy) wąskimi (i mało zaludnionymi) uliczkami przechodząc obok Palau de la Generalitat (koło którego spotkaliśmy grupę protestujących? (śpiewali, grali na bębnach i wymachiwali transparentami) czarnoskórych ludzi, do których przez chwilę dołączyliśmy idąc jakieś 15 kroków za nimi :D ), katedry, kościoła Santa Katedrina i ratusza w końcu dochodząc do Estacio del Norte (czyli głównego dworca kolejowego w Walencji). Jest bardzo klimatyczny... z jednej strony nowoczesność, a z drugiej tradycja. Ciekawe miejsce i warte odwiedzenia :)
Kołatki do drzwi- motyw dłoni trzymającej jabłko często się przewijała w Walencji i Katalonii.
Prawa, góra- Palau de la Generalitat; Dół: Plac przy katedrze i kościele z protestującymi. Fot. źródło własne

Estacio del Norte. Fot. źródło własne
Zaraz obok dworca jest Plaza de Toros, czyli arena do korridy, na której zamiast oglądać byki można było napić się piwa -.-' M. była przekonana, że nie będzie można do środka wejść. Ja wierzyłam, że da rade tak kawałek chociaż zobaczyć. No i okazało się, że jak najbardziej można wchodzić. Akurat trwał tam October Fest (tak- wiem, że to impreza w Bawarii... ale taki jednodniowy event akurat był :D ). Porobiłyśmy sobie zdjęcia i leciałyśmy pod ratusz (czyli Ajuntamiento), który charakteryzuje wieża zegarowa pośrodku fasady. Znajduje się w nim też Muzeum Historii Miasta.

Plaza de Toros. Fot. źródło własne
Ajuntamiento- ratusz. Fot. źródło własne
Ratusz c.d. Fot. źródło własne
I tak zapakowani w autobus pojechaliśmy dalej- do Miasta Sztuki i Nauki!!!
MEGA!!!
Futurystyczne centrum kulturalne zaprojektowane przez walenckich architektów: Calatravę i Candelę (chociaż często podawany jest tylko ten pierwszy). Usytuowany jest w ogrodach utworzonych w dawnym korycie Turii. Godny XXI wieku zespół architektoniczny składa się z pięciu części:
1. L'Umbracle- biała budowla ozdobiona metalowymi łukami. Posiada wewnątrz ogród z rodzimą florą. U góry znajduje się taras, z którego widać całe Miasto Stuki i Nauki. Wg głosów znajomych- budynek wyglądał jakby to była szczęka rekina.
2. Muzeum Nauki- posiada interaktywne ekspozycje dotyczące osiągnięć naukowych i nowoczesnych technologii. Hasło: "Zabrania się nie dotykać, nie myśleć, nie odczuwać".
3.Oceanarium- fauna mórz i oceanów wszystkich stref geograficznych. Posiada podwodną restaurację.
4.Palau de les Arts Reina Sofia- Koloseum XXI wieku. Cztery sale przeznaczone na spektakle muzyczne, teatralne i operowe.
5. L'Hemisferic- "oko mądrości". Całość otoczona wodą. Wyświetlane są tutaj filmy w systemie IMAX i laserium najnowszej generacji. Organizowane są prestiżowe wystawy czasowe i konferencje.
Punkt obowiązkowy podczas pobytu w Walencji!
Miasto Sztuki i nauki. Niestety dolne zdjęcia zrobione zza szyby :( Fot. źródło własne
Ciekawostka:
Salvador Calatrava (architekt Miasta Sztuki i Nauki) w najbliższym czasie będzie musiał stanąć przed sądem, ponieważ został oskarżony o brak praktyczności w swoich projektach. Chyba lotnisko w Bilbao i jakiś jeszcze duży projekt właśnie wytoczył mu proces. Władze Walencji również zachwycone nie są. W planach MSiN miało być jeszcze rozbudowane, jednak utrzymanie już aktualnej wielkości zaczyna ich przerastać.
Także Calatrava to architekt posiadający genialne pomysły, jednak nie do końca potrafiący umieścić projekt w odpowiednim klimacie (tak jak tutaj- budynek prawie cały ze szkła w momencie gdy Słońce świeci przez cały czas, a temperatuta wynosi 30+ przez większą część roku).

Zwiedzanie Walencji nie należało do zbyt udanych (ze względu na brak czasu). Najbardziej żałuję, że nie udało mi się zobaczyć Giełdy Jedwabiu oraz wejść do budynków Miasta Sztuki i Nauki. Uważam, że miasto jest niesamowite. Mimo, że nie jest zbyt duże jak chodzi o powierzchnię, to zdecydowanie jest tam co robić podczas tygodniowego, a nawet i 2- tygodniowego urlopu! :)


Peniscola
Urocze miasteczko turystyczne. Spodziewałam się, że będzie to mała wioska, a okazała się trochę większą wioską/ małym miasteczkiem.
Hmm... nazwa miejscowości dla polaków może się wydać... specyficzna, a najlepsze jest to, że podczas pobytu na zamku w Peniscoli była tablica tłumacząca skąd wzięła się taka nazwa i B. po przetłumaczeniu powiedziała, że właśnie kiedyś tam po hiszpańsku znaczyło to to samo co po Polsku teraz :D
Co ciekawego się działo?
- Wyprawa na zamek templariuszy <informacje z ulotki, którą się dostaje po wykupieniu biletu (3,5 euro) do zamku. Jest opcja otrzymać po hiszpańsku albo po angielsku>
"Zamek w Peniscoli zaczęli budować Templariusze, ukończył/li "Montesianos" w XIV wieku. Następnie zmodyfikowany przez Pope Luna". Warto wdrapać się tutaj na szczyt skąd można podziwiać panorame miasta oraz można zobaczyć tutaj sale mieszkalne, scene, były kościół, dawne meble, itd.
Organizowane są tutaj też wystawy (dodatkowo płatne)
- spacery po dwóch plażach
- jakaś impreza miasta + Nasz spontaniczny występ na scenie-> widok miny ludzi- bezcenny :D
- G. poparzyła meduza podczas wieczornej kąpieli w morzu
- urodziny Pana Myszki
- zakończenie urodzin na hotelowym dachu (bezpiecznym , ogrodzonym i przeznaczonym do chodzenia po nim)

Nasz hotel: http://www.hotelblasonjunior.com/
Bardzo fajny hotel- polecam :) Jedyne co mnie... może nie tyle denerwowało, co raczej krępowało to to, jak starszy Pan (chyba właściciel) przy śniadaniu chodził od stolika do stolika i częstował Nas świeżo wypieczonymi, ciastkami/ bułeczkami/ innymi ciastkami, i całą masą innych rzeczy. Po prostu było mi głupio. Ale widziałam że ten Pan się cieszy jak braliśmy i Nam smakowało i ciągle tylko brałam (mimo, że mój żołądek już miał spore problemy, żeby to zmieścić), uśmiechałam się i dziękowałam.
Peniscola. Fot. źródło własne

A.

piątek, 4 października 2013

Hiszpania- część 1-> Alicante+ okolica

Alicante 

Czy jak kto woli Alacant (nazwa miejscowości oznacza źródło światła/ miasto światła. Zależy z którego przekształcenia na przestrzeni wieków tłumaczyć), jest stolicą prowincji (jednej z trzech) o tej samej nazwie we wspólnocie autonomicznej- Walencja. Miasto nieduże (pow. ok. 200 km², czyli podobnie jak Świnoujście) i nie za bardzo zaludnione (ponad 330 tys. mieszkańców, czyli podobnie do Lublina), a mimo to o wiele bardziej popularne od wspomnianych polskich miast. Wszystko to za sprawą położenia- przy wybrzeżu Costa Blanca, która jest powodem przyjazdu tysięcy turystów z całego świata (chociaż często nie jest to ich miejsce docelowe, a tylko przystanek podczas rejsu, czy tzw. objazdówki).
Mi od razu rzuciły się tam w oczy panie... dość swobodnie czujące się bez ciuchów (brak ciuchów oznacza też brak strojów kąpielowych ^_^) Oczywiście jest tam to legalne, itd., ale... dziwne to troche :D Raz przyłapałam Pana, który lażał na ręczniku i ukradkiem robił zdjęcia jednej nie odzianej Pani. Dodatkowo zauważyłam tylko pare dzieci, ale nie wiem czy jest to tam normalne, czy było to spowodowane tym, że byłam tam we wrześniu i te starsze musiały już chodzić do szkoły.

Jeśli wierzyć Wikipedii, to pobliska plaża San Juan de Alicante jest uważana za ulubioną plażę mieszkańców Madrytu.
U góry- port w Alicante (na którym dopiero od niedawna (ok. od 20 lat) stoją takie wypasione łodzie. 
Wcześniej były tu tylko małe łupinki rybackie), po środku i na dole- główna plaża Alicante (Playa del Postiguet). 
Fot. źródło własne
Zaraz przy plaży znajduje się wejście do windy, zainstalowanej w szybie wykutym w skale (ponad 200 m), którą można wjechać (odpłatnie) na zamek Santa Barbara znajdujący się na wzgórzu. Nie pamiętam dokładnie ile euro należało zapłacić za wjazd (ale nie było to mało...), gdyż my weszliśmy o własnych siłach i osobiście polecam ten właśnie sposób zaliczenia atrakcji. Podejście jest łagodne i nie zajmuje dużo czasu. Zjazd z poziomu 2 (czyli z samego szczytu) również jest odpłatny, ale z poziomu pierwszego jest już darmowy. Nie do końca rozumiem dlaczego tak jest, ponieważ poziom 2 od poziomu 1 oddziela 10 minutowy spacer (czas podany uwzględnia sesje zdjęciową z panoramą Alicante) po łagodnym zejściu. Tak więc logiki w tym brak :D W zamku znajduje się parę sal do których warto wejść i zobaczyć wystawy. Mi niestety nie udało się wejść do "Szpitala", bo Pani za 5 minut miała sjeste i nie miała ochoty już nikogo wpuścić.

Punkt obowiązkowy! Ze szczytu rozciąga się przepiękna panorama. Fot. źródło własne
Ayuntamiento- czyli ratusz. Barokowy. Zbudowany na fundamentach starego. Ukończony pod koniec XVII wieku. Znajduje się w nim odpowiednik polskiej białej sali (udzielanie ślubów), tylko że tutaj sala ta nie nazywa się białą, tylko... błękitną. Z tyłu ratusza znajduje się przeszklenie, przez które można zobaczyć resztki murów, które niegdyś broniły Alicante.
Fot. źródło własne
Podobno na uwagę zasługuje też Muzeum Szopek Betlejemskich (Museu de Betlems), w którym podziwiać można szopki z całego świata z różnych epok. Znajduje się ono przy Calle Mayor, a dokładniej zaraz przy Plaza de S Faz.

Casa de les Bruixes- czyli dom czarownic. Kapryśna, biała budowla reprezentująca powstającą od początku XX wieku nową dzielnicę oraz jej secesyjny styl. Aktualnie mieści się w niej rząd prowincji. Znajduje się przy złączeniu Calle de Rafael Terol z Calle de San Fernando.

Kościół Santa Maria- z XIV wieku. Znajduje się w starej dzielnicy. Najstarszy kościół w Alicante. Styl gotycki, jednak fasada jest barokowa (XVIII wiek) +fragmenty z XIV wieku.Podobno ładny w środku- niestety dla mnie było zamknięte :( Ale z zewnątrz szału nie robi... Z tym kościołem wiąże się pewna ciekawostka, ale o tym będzie niżej :)

Contcatedral de San Nicolas de Bari- było tam pełno kartek zakazujących robienie zdjęć (w sumie nie wiem czemu... ale trzeba uszanować :) ). Dawniej meczet. W sumie Kościół dość dziwny, bo był pomazany z zewnątrz (coś a'la graffiti? Jakieś różne napisy... w sumie nie wiem co oznaczały).

Explanada de Espana- urokliwa promenada wzdłuż morza (portu) otoczona palmami :) Bardzo ładne miejsce :) Budki po prawej stronie zostały postawione, ponieważ wcześniej każdy ze sprzedających miał swoją własną budkę= każda była inna i nie każdy o swoje dbał= nie był to fajny pierwszy widok dla turystów którzy dopiero co przybili do portu.

Fot. źródło własne
Mercado- nie wiem jak opisać gdzie jest. Centrum, między 2 stacjami tramwaju L2. Można tam kupić wszystko do jedzenia! Ceny- przystępne, a wszystko jest bardzo świeże! Owoce, Mięso, Sery, Ryby, krewetki, Ośmiornice..... Na miejscu panowie pokroją jak pasuje, zapakują i w ogóle co potrzeba to załatwią.
Fot. źródło własne
Oprócz tych kilku wspomnianych atrakcji Alicante nie ma chyba już nic do zaoferowania. Zdecydowanie fajna miejscowość, do zobaczenia w 2-3 dni. Ciesze się, że byłam i zobaczyłam, ale miasto to nie trafia na listę miejsc, do których chciałabym wrócić za parę lat. Polecam jak ktoś się nastawia na dużo leżenia na plaży :)

Ciekawostki:

- ulica przy której znajduje się najwięcej sklepów z ciuchami (i nie tylko) nazywana jest potocznie ulicą głupków (La Calle de tontos), bo... ludzie jak te głupki chodzą w tę i z powrotem;

- jest bardzo mało nowych inwestycji publicznych, bo podobno jak się coś postawi to niewychowana młodzież zaraz to dewastuje (heh... brzmi znajomo);

- Podobno znajduje się tutaj outlet Zary i innych popularnych sklepów, gdzie warto się wybrać na większe zakupy. Finansowo nie szykowałam się na kupowanie ciuchów, więc tę 'atrakcję' sobie podarowałam.

- Nie wiem kiedy, ani jak się nazywa... ale odbywa się tutaj taka impreza, kiedy to paru silnych, dorosłych mężczyzn (coś w przedziale 8-12 sztuk) bierze na swoje barki 4- tonowy krzyż i schodzi z nim z Kościoła Santa Maria (bo ten znajduje się dosyć wysoko i trzeba przejść przez miliony niskich szerokich stopni) do Katedry Świętego Mikołaja. Generalnie nikt oczywiście nie wierzy że krzyż waży 4 tony, ale pewnie i tak jest ciężki.

- W Alicante dużo cudzoziemców emerytów (np. Holendrów) kupuje domy/ mieszkania i pomieszkuje tutaj od października do kwietnia/ maja. Dlaczego?? Bo w lato jest im tutaj za ciepło, a w zime za zimno u nich (przykładowo w Holandii). Tak więc jak się zrobi im zimno w domu nr 1 to wyjeżdżają do domu nr 2, a jak w drugim robi się za ciepło to znowu wracają do pierwszego.

- W mieście na tramwaj trzeba zejść pod ziemie. Że niby a'la metro mają :D Ale poza centrum już normalnie są przystanki (przynajmniej tam gdzie ja jeździłam).
Koszt biletu z przystanku "Universitat" do centrum-> 1,45 euro (można kupić w tramwaju, a w centrum w maszynie przed bramkami). Biletu się nie wyrzuca, bo jest potrzebny, żeby wyjść.
Tramwaje ładne, nowe, czyste. Kontroli biletu nie miałam okazji przejść.

To tyle z samego Alicante. Co do spraw bardziej organizacyjnych- mieszkaliśmy w akademiku Uniwersytetu Alicante, który to (uniwersytet) nie znajduje się w Alicante, tylko w Sant Vicent, które znajduje się jakieś dobre pół godziny jazdy tramwajem do centrum Alicante.Znajduje się tam cały kampus uniwersytecki i wygląda PRZEPIĘKNIE! Dużo zieleni, nowe budynki, a i sam akademik to jakiś taki luksusowy troche :D No dobra... luksusowy porównując do Polskich. Ładnie, elegancko, klimatyzacja, lodówka, łazienka czysta. Tylko wifi ciężko było łapać... no ale w końcu nie po to tam pojechałam :)
Tak- to łóżko, które od pierwszej minuty było już zagracone- to moje :D Fot. źródło własne
Dodatkowo byliśmy w La Nucia i Biar na koncertach. Miejscowości bardzo ładne, ale byłam w nich tylko z grupą przy okazji koncertów, które tam mieliśmy. Nie było specjalnie czasu na chodzenie po nich. W domu kultury w La Nucia sala koncertowa może mieć podniesione zasłony i wtedy podczas występu występuje się na tle niesamowitego krajobrazu.

A.

niedziela, 30 czerwca 2013

Egzamin na pilota wycieczek + obrona

Maj i czerwiec były niesamowicie intensywne. Egzamin, pożegnanie Magdy, absolutorium, obrona, sesja, festiwal....Zdecydowanie "najgorszą" z tych rzeczy był właśnie egzamin na pilota wycieczek. Zdawałam go 20.06. w Poznaniu. Egzamin składa się z 2 (3) części i można do niego przystąpić po ukończeniu kursu, który ja miałam zawarty w program studiów. Prywatnie kosztuje około 1500zł. Plus niektórych kursów prywatnych-> otrzymanie zestawów pytań jakie można wylosować. Na uczelni nikt nam ich nie podał, więc przygotowana musiałam być ze wszystkiego- architektura, malarstwo, muzyka, sztuka, starożytność, prawo w turystyce, Unia Europejska, wszystkie zasady, definicje związane z turystyką, itd.

PRZEBIEG EGZAMINU:

CZĘŚĆ 1- teoretyczna

a). test abc. 30 pytań, które zostały wzięte z listy około 600 pytań, która znajduje się na stronie urzędu marszałkowskiego. Niestety nie ma nigdzie klucza, więc przygotowując się do egzaminu trzeba wszystkie samemu rozwiązać. Aby zaliczyć trzeba było mieć minimum 20 odpowiedzi poprawnych (nie podali wyników, ale myślę, że miałam 100% :D )

b). Odpowiedź ustna na wylosowany zestaw pytań. Wg mnie jest to najgorsza część. Moje pytania:
1. Układ z Schengen- wszystko o nim. Nie tylko, że to są otwarte granice, tylko dużo gadania o jego ideach, historia, kto pierwszy podpisał, kiedy Polska dołączyła, co oznacza "członkostwo częściowe", a co "całkowite". Oczywiście się rąbnęłam i powiedziałam, że miejscowość Schengen w której został podpisany układ znajduje się w Holandii, co jest nieprawdą, bo jest w Luksemburgu ^^ Ale chyba nawet nie ogarnęli, że źle to powiedziałam :D
2. Asertywność- co to jest i co oznacza "asertywność pilota"- najłatwiejsze :)
3. Podać 3 najistotniejsze galerie malarstwa w Europie i powiedzieć jakie dzieła się w nich znajdują. No i tutaj poległam... malarstwo to jest ta część kultury o której wiem baaaardzo mało... Lubie oglądąc, ale jakoś nie analizuje każdej kreski, itd... Po prostu nie interesuje się malarstwem... To też moja wiedza na jej temat jest... prawie żadna. Powiedziałam o Muzeum Prado w Madrycie (dzieła o których powiedziałam: zbiory Goi (chciałam opowiedzieć o obrazie Saturn pożerający własne dzieci ale jak już tam siedziałam to zapomniałam jak on się nazywa...), Panny dworskie), Luwr (Mona Lisa i stela z kodeksem Hammurabiego- tak, wiem że to nie jest obraz, ale nie wiem nic więcej więc powiedziałam cokolwiek), National Gallery w Londynie (brak dzieł... więc powiedzieli, żebym jakąś inną powiedziała), Muzeum Watykańskie (chodziło mi o Pinakoteke, ale zapomniałam!)- również brak dzieł.
Potem komisja poprosiła o jakąś galerie z Polski to powiedziałam "Muzeum krakowskie w Zamku na Wawelu"  -.-'
Ostatecznie udało mi się zdać (prawie na minimum, ale zdane :D ). A za pytanie z galerii otrzymałam najniższą note, jaka wystarczyła żeby zaliczyć.


CZĘŚĆ 2- praktyczna

Dali mi bardzo mało czasu i nawet mapy nie zdążyłam obliczyć, a już miałam iść odpowiadać :/ Także nie wiem czy 10 minut miałam...
1. Obliczyć trasę z Lidzbarku Warmińskiego do Tarragony. Podać ile godzin będzie się jechać, ile kierowców, gdzie noclegi, itd. Nie zdążyłam wszystkiego poobliczać i już na "gorąco" przed komisją szybko w głowie dodawałam, mnożyłam, dzieliłam, itd. O dziwo wyszło mi dobrze :D Oni sami chyba nie wierzyli, że tak na żywo im wszystko podaje :)
2.Sytuacja problemowa. nawet wcześniej jej nie przeczytałam. Pierwszy raz przed komisją. Wyjście z tej sytuacji podałam dobre i wszystko było ok.
3. Zdjęcie... Po wylosowaniu zestawu koleś z komisji spytał mnie, czy jest tam polecenie aby wylosować zdjęcie. Myślałam że będzie tam wielki napis "WYLOSUJ ZDJĘCIE". Nic takiego nie było, więc powiedziałam, że nie mam. Dopiero siedząc już przed komisją przeczytałam że gdzieś w środku polecenia jest "...opierając się na materiale zdjęciowym..." -.-'
Wzięłam pierwszą kopertę z brzegu, otwieram, a tam.... BISKUPIN!!!
Zadanie generalnie polegało na tym, że przez 5 minut przez mikrofon trzeba było podawać informacje o tym co znajduje się na zdjęciu, ale nie tylko. Przykładowo, gdybym wylosowała gotycki kościół mogłabym mówić o danym kościele, o gotyku, o innych gotyckich kościołach... A ja miałam BISKUPIN!!! Do tego z nerwów pamiętałam tylko, że to nazywa się B..... i dopiero po wyjściu z sali mój mózg się dotlenił i wpadł na to, że reszta to "iskupin". Mówiłam może 1,5 minuty... i to zupełne pierdoły... Wychodząc wiedziałam że nie zdałam... 

Czy powinnam zdać?? Nie. Decyzja komisji jest dla mnie jak najbardziej obiektywna do tego co przedstawiłam. 
Jedynie mam pretensje o to że nie dali mi wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Wtedy bym zobaczyła że mam zdjęcie i bym wylosowała zdjęcie od drugiej strony. Może lepsze, a może gorsze. Ale może wtedy bym zdała. A tak wylosowałam pierwsze w brzegu od strony komisji. Zdecydowanie to nie było moje zdjęcie.


INFORMACJE O EGZAMINIE:

Egzamin zdaje się w urzędzie marszałkowskim w danym województwie (u mnie- wielkopolskim). Tam też trzeba dostarczyć wszystkie dokumenty minimum 2 tygodnie przed datą egzaminu. 
Koszt: 200zł. z czego 120 płaci się za teorie, a 80 za praktyke. I przykładowo w moim wypadku w październiku (bo wtedy jest najbliższy termin) zapłacę tylko 80zł. a nie 200, bo teorie mam zdaną.


EDIT- 2 podejście

Aby nie tworzyć nowego posta dopisze tutaj. 29.10.2013r. podeszłam po raz drugi do egzaminu. Zdać musiałam tylko część praktyczną. 
Pytania:
1. Obliczyć trasę z Pleszewa do Tarragony (tak- znowu do Tarragony. Spośród ok. 100 karteczek znowu wylosowałam to samo miasto :D ). Podać ile godzin będzie się jechać, ile kierowców, gdzie noclegi, itd. 
2. Sytuacja problemowa- nie mogę sobie przypomnieć jaka, ale nie było problemu z prawidłową odpowiedzią.
3. Pytanie obrazek lub pilotowanie na trasie. Za pierwszym razem miałam obrazek, teraz trafiło mi się pilotowanie po... Grecji! Grecji, którą tak dobrze znam i którą tyle razy już odwiedziłam! Tak więc bez najmniejszego problemu mówiłam przez cały czas, aż komisja powiedziała, że już mogę przestać :) 

Wynik pozytywny! Legitymacje i dokumenty odebrane. Legalnie mogę już pilotować wycieczki zagraniczne :)

OBRONA!!!!!!!!

Praca oceniona na 5;
Obrona oceniona na 5.
:)
Atmosfera bardzo fajna. Komisja dopisała. Promotor dumny :)

Także od 25.06.2013 roku jestem licencjonowaną tirówką!!!! :)
Przed absolutorium z Katarzyną, której dyplom również miałam odebrać. Fot. źródło własne
Po absolutorium z Magdaleną :) Rada- pod togę nie ubierać sukienek rozchodzących się na dole.
 Wyglądam na wszystkich zdjęciach przez to jak pączek :/ Fot. źródło własne
Przemowa dziekana- najlepsiejszego :D Fot. źródło własne

A.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Valmenier- narty :) Cz. 2


ŚRODA 20.03
Rano tak dla odmiany- na stok :D Ale tym razem również na grupową rozgrzewkę J
Warunki znowu były idealne, więc nie wiadomo kiedy zleciał czas i była godzina 12, co oznaczało zajęcia z Freestylu. Znowu w Snow Parku <3 Niestety Mateusz był zaangażowany w organizacje apres ski i przed 14 zajęcia się skończyły. My jeszcze trochę pojeździłyśmy i poskakałyśmy (zaliczyłam całkiem ładną wywrotke (błąd przy "lądowaniu") z większej hopki) później również zjechałyśmy do naszej bazy SnowMotion, gdzie czekały na nas różne ciekawe atrakcje. Co dokładnie się działo nie napiszę, żeby czasem konkurencja nie zgapiła :P Ale naprawdę było fajnie J Magdalena w tym dniu totalnie zaszalała i m.in. się rozebrała (ale tylko do bikini ;) ). Męska część widowni była niezwykle podjarana tym widokiem, ale niestety nagrody nie dostała. Jakiś stary, obleśny facet ją dostał:/ fuj fuj fuj!!!!
Po apres ski (czyli takich zabaw pozjazdowych na stoku) o 17:30  grupa 2 miała biegówki. Nikt od nas z pokoju nie był zapisany, więc bezkonkurencyjnie w tym czasie wygrało spanie :D
20:00-> kalambury. Początkowo poszłam z Niną i obie miałyśmy brać w tym udział, ale jak zobaczyłam jakie są hasła, to żeby nie popsuć punktacji mojej drużynie postanowiłam pod byle pretekstem się wymknąć do pokoju.
Zapomniałam wcześniej napisać, że po drzemce Michał chciał zjeść swój kilogramowy jogurt (który zakupił myśląc, że to twaróg), jednak Paweł wpadł na genialny pomysł, aby przykryciem od owego jogurtu pacnąć Magdę. Ta w odwecie wsadziła rękę do jogurtu i….. zaczęło się rzucanie jogurtem po pokoju, korytarzu i sąsiadach -.-‘ Generalnie było to mega śmieszne, ale akurat byłam względnie ładnie zrobiona i przygotowana do wyjścia i z Niną schowałyśmy się w łazience. Niestety i nam się oberwało, ale tylko troszeczkę ;) 5 minut i byłam znowu czysta. Na dodatek popsuł mi się humor i nie chciałam brać w tym udziału. Plus jest taki, że ominęło mnie sprzątanie. J Plamy z jogurtu prześladowały Nas do końca wyjazdu i co chwila były odkrywane w nowych, coraz dziwniejszych miejscach.
Gdy „uciekłam” z kalamburów do pokoju, moi współlokatorzy akurat kończyli sprzątać i wybierali się właśnie na kalambury.  Wzięłam chociaż zrobiłam sobie drinka i tak ja z Magdą poszłyśmy do „świetlicy ” z orzechówką z mlekiem, a Kornelia, Paweł i Michał dolali coli do końcówki whisky i odważnie nie krzywiąc się pili whisky prosto z butelki :D Udało mi się zająć baaardzo fajne miejsce w kącie ^^ I sobie tak cichutko siedziałam i sączyłam pyszny napój.
Później tradycyjnie wjechała „mafia”, po której „dziubaski” nie poszły spać tylko na impreze do trzech diabłów.  Ta impreza dała się później poczuć w kościach i nie miałyśmy siły rano wstać…. Ale o tym dnia następnego J

CZWARTEK 21.03
Pierwszy dzień wiosny!!!! Przywitany baaardzo leniwie ^^ Na stoku byłyśmy dopiero koło 11:30. I od razu kierowałyśmy się na snow park, bo zajęcia zaczynałyśmy o 12:30. Było jak zawsze meeega :D Ale w sumie na snow parku mało jeździliśmy. Tego dnia raczej przeważały rampy. Generalnie z boku wyglądają one strasznie i jak się wyobraża upadek z nich to boli sama myśl o tym, ale w praktyce jest to bardzo przyjemne (oczywiście nie upadki, a jeżdżenie po nich :D ). Pojeździliśmy- było fajnie i jakoś przed 16 zjechałyśmy do bazy. Nina poszła jeść obiad, a ja z Magdą czekałyśmy na zjazd golasów. Fajnie to wyszło :D Ale generalnie trochę zimno już było więc pewnie „golasy” teraz siedzą chorzy w łóżkach pod kołdrami z kubkami herbaty w ręku.

Golasy na stoku! :)

Wieczorem było kicz party (w trzech diabłach oczywiście)! Było SUPER!!!! Wytańczyłam się, że o ho ho! No ale w końcu to końcówka wyjazdu więc trzeba było korzystać. Impreza w 120% udana i niezapomniana! Niestety poszłyśmy z pokoju tylko we trzy (ja, Nina i Magda). Magda z Niną koło 1-2 wróciły do pokoju spać, a ja zostałam bo w końcu chciałam nagrodę za przebranie dostać. Powoli wszyscy się zaczęli zwijać i nie miałam z kim się bawić. Faceci których znałam byli w trakcie „wyrywania”, więc absolutnie nie chciałam im przeszkadzać. Dlatego podeszłam do A. i spytałam kiedy będzie werdykt, a on… „o kurde….”  za przypomnienie dostałam nagrodę :D Nikt inny się nie upomniał ^^
"Kich Party"- Panda style jest :D Nina, ja i M. Czyli Freeskierki z instruktorem :)

Do domu wracałam z Bartkiem i dwoma sąsiadami, bo w barze jacyś francuzi zaczęli się na mnie dziwnie patrzeć i zaczepiać, więc nie było opcji, żebym sama wracała.  Po drodze zrobiliśmy sobie przepiękne zdjęcie z lampą i sztruksem! :D Muszę je jakoś wywalczyć od właściciela aparatu (czyli Sebastiana?). Wróciliśmy do ośrodka i słyszymy „do 301 na impreze!!!!”. No dobra- to poszliśmy. Gruuuubo tam było! Mały apartament, a z 50 osób tam stało zduszonych i „tańczyło” (bo tańcem tego raczej nazwać nie można było. Wszyscy jak śledzie jeden koło drugiego i skaczą^^). W pewnym momencie mi się zaczęło nudzić, więc postanowiłam, że pójdę do A. do 106. Poszłam, ale go nie było. Za to był P., z którym chwile pogadałam i poszliśmy do 301 na imprezę z której dopiero co wyszłam. Ledwie weszłam 2 piętra po schodach (nawet nie weszłam do pokoju 301) wpadłam na A., który powiedział, żebym poszła z nim do 106. No to znowu na dół….
Weszliśmy do 106, dostałam nagrodę, m,in. koszulkę <3 gadamy, po 5 minutach przyszedł P. i tak sobie później gadaliśmy w trójkę. Fajnie było :D Nie wiedziałam że oboje są tacy spoko! W sumie nie chciało mi się wracać do siebie, ale w końcu wypadało…. Nie wiem o której (póóóóźno….), ale w końcu trafiłam do siebie do pokoju. Przed drzwiami przywitał mnie widok 3 kompletów prześcieradeł i gaśnica.. O.o Wszyscy spali, więc obudziłam tylko Nine i się jej pytam czy to na serio tam stoi czy mam jakieś omamy nocne. Nina coś przez sen mruknęła i poszła dalej spać. No dobra… to ja też pójdę. :D
Dzień na plus! Był meeeeeega! :D

PIĄTEK 22.03
Rano narty (wstałam niemal wraz ze wschodem słońca).
13- Freestyle. Ostatni. W sumie ciągle hopki leciały + Mateusz Nas nagrywał! Chciałam to później zobaczyć, ale niestety M. nie odpisuje. I już Freestyle do zdarcia czyli wróciliśmy do domu wszyscy freestylowcy (SKI i SB) razem jednym z ostatnich wagoników i razem zjeżdżaliśmy. Oj…. 100% wykorzystany ostatni dzień. Później nóżki bolały ^^
Magda zeszła do domu wcześniej, bo o 17:30 miała biegówki. Także podczas gdy ja miałam sieste i obiadek, Magdalena popylała a’la Justyna Kowalczyk :D
 O 19 poszliśmy na pokera. Ja Michał i Paweł. Michał oczywiście miał grać, ale…. No właśnie… jak się okazało jednak grać nie umiał i szkoda mu było 5 Euro na wejście dawać :D
Poker raczej słabo szedł, więc nasza trójka zajęła się organizacją gry „mafia” (znowu :D zdecydowanie gra wyjazdu :D )Niestety krótko wyszło, bo o 21 było pakowanie sprzętu. Jednak w 15 minut to ogarnęliśmy i wróciliśmy grać na „świetlice”. Ludzi było mało, więc wleciało „Makao”. Niestety przez hałas (wcale nie był duży), przyszła ochrona i kazała nam sobie iść…
Poszliśmy do … 109 !!! Tak- 109, czyli do naszego pokoju :D Pierwsza impreza w naszym malutkim pokoiku. Na szczęście nic złego się nie działo i szkód nie było. Graliśmy ciągle w mafie i szamaliśmy orzeszki.
Około 23 wszyscy się zebrali sprzątać apartamenty, szykować do podróży, spać, itp. My jednak powiedziałyśmy temu zdecydowane nie! Sprzątanie?? Do rana i tak znowu nabłocimy, nakruszymy, pobrudzimy,…. Bez sensu!  „Zrobimy to rano jak nasze rzeczy już wystawimy poza pokój”
Taaa… dobry pomysł, gorzej z realizacją… Ale po kolei. 
Po 23 Kornelia, Paweł (Gaduła, Czerwona twarz) i Michał (Kaczor, Łysy) poszli spać, a ja, Magda i Nina poszliśmy do 106. Niestety A. już się szykował spać (w końcu musiał wszystko poogarniać następnego dnia…), ale powiedział, że śmiało możemy balować- jemu to nie przeszkadza. No to z resztą staffu się bawiliśmy. Po drodze wleciały wafelki (które miały być na podróż!), prostowanie włosów B. i M. Generalnie było bardzo ciekawie :D P. (K.) co chwila zasypiał i budził się twierdząc, że teraz to już się wyspał i tak szybko nie pójdzie spać- taaa… jasne :P
Jeszcze P. i M. okleili drzwi paru pokoi taśmą (w tym pokoju 106), przykleili papierosa do stołu, skleili szczoteczkę B. z gąbką do naczyń, itd. :D Było mega śmiesznie :D
Około 3:30 zaczęłyśmy z Niną kierować się w stronę naszego pokoju. Jednak wychodząc- puapka! Oklejone drzwi! Oczywiście nie dałyśmy się wpakować w to tak jak Konrad (który poszedł dużo wcześniej bo już usypiał na siedząco :D), więc kocimi ruchami przemknęłyśmy między pasami z taśmy. Po przejściu nie wiem czemu w wejściu stał B. Podejrzewam, że chciał za nami zamknąć drzwi. Zupełnie nie wiem w jakim celu, widząc go tak stojącego pomyślałam że śmiesznie będzie jak go kopne. Oczywiście nie mocno… tylko tak- w zwolnionym tempie, bezboleśnie, dla fanu.  Tak też zrobiłam. Moja stopa zwinnie przewędrowała pomiędzy taśmą i lekko dźgnęła B. między biodrami, a talią. Teraz to naprawdę nie mam najmniejszego pomysłu w jaki sposób do tego doszło, ale…. Odpięłam mu spodnie i ponieważ były luźne spadły na ziemie, a naszym oczom ukazały się luźne, szare, kraciaste bokserki! Mina B. „WTF?! Co się dzieje?!?!”. Mina moja „WTF?!” i zaczęłam się tarzać (dosłownie) z Niną i M. po korytarzu. Miałam problemy, żeby złapać oddech i jak tylko podnosiłam głowę i widziałam B. zakładającego znowu spodnie to nawet bardzo chcąc nie mogłam się zebrać w sobie i opanować niekończącego się ataku śmiechu! Naprawdę! Nie wiem kiedy ostatni raz coś sprawiło mi tyle radości i śmiechu.
Magdalena też przyszła później do drzwi (pewnie po usłyszeniu naszych histerycznych śmiechów) spojrzała na Nas tarzających się po ziemi z politowaniem i niestety dopiero następnego dnia dowiedziała się co spowodowało u Nas tyle radości. 
Totalnie nie mogliśmy się zebrać z podłogi, ale w końcu jakoś doszłyśmy do pokoju i Ja od razu ległam na łoże i poszłam spać. Nina coś sobie gotowała, a Magda została jeszcze w 106. Wróciła około godziny 5.

SOBOTA 23.03
O 8 miały być oddane pokoje. Budzik miałam nastawiony na 6, ale jakoś nie wstałam… Nawet nie słyszałam jak dzwonił :D Nina mnie obudziła o…. 7:12 Jak zobaczyłam zegarek to się zerwałam, szybko pod prysznic, byle jak powrzucałam rzeczy do torby, złapała jakieś „śniadanie” i o 7:30 (razem z resztą współlokatorów, którzy też trochę się nie wyrobili- Np. Magda wstała o 7:20 :D Jedynie Nina już jakoś od 6 na nogach była) zaczęłam sprzątać. Poskładanie pościeli, umycie łazienki, pomycie garów, powycieranie garów, odkurzenie, wyniesienie śmieci, względne zmycie podłogi, …. Wyrobiliśmy się w 30 minut! Pani sprawdzająca co prawda przyszła trochę wcześniej, ale została przywitana przez Magdę z rozsypce, mnie ze szczoteczką w ustach mówiącą „What?! Now?!” i totalnym sajgonem w tle. Pani spojrzała na Nas z politowaniem i powiedziała tylko „Ok…. It’s not ready yet…. I’ll come later”.
Merci!!! 
Tak więc godzina 9- pokój posprzątany, bagaże w autobusie, zakupy zrobione…. Wyjazd o 11…. Dwie godziny nic nie robienia. Nie chciałam siedzieć już w autobusie, bo czekało mnie jeszcze 20 godzin grzania siedzenia, więc chciałam pochodzić i poruszać stare kości.  Były zdjęcia, rozmowy, pożegnania, itp. Smutno było… opuszczać miejsce w którym mimo tylko 7 nocy tyle się działo…
Podróż jak podróż… tyłek bolał, im bliżej Polski tym zimniej i paskudniej…. Filmy wleciały (kac Vegas, Pachnidło i coś jeszcze…) i jakoś zleciało…

NIEDZIELA  24.03.
Przed 5 byliśmy we Wrocławiu. Wypakowanie bagaży, sprzętu, itd… Na szczęście przemili panowie kierowcy nie pozwolili Nam (osobom spoza Wrocławia) tłuc się znowu tramwajem i podwieźli Nas pod dworzec. P.(K) i P. (-.-‘) podreptali na PKS, a ekipa Poznaniaków na PKP. Pociąg było o 7, więc po zakupie biletów udaliśmy się znowu do Coffee Heaven na dużą herbatę.
Podczas podróży w pociągu było na przemian spanie i nauka na egzamin z hotelarstwa. W końcu dojechaliśmy! Zostało tylko tramwajem nr 14 dojechać  do domu, wziąć kąpiel i położyć się do łóżka.

Zdjęcia part 2:
Z psem, który jadł śnieg, który mu się rzucało

"Braziliana"



Przerwa ^_^
A.